O ile wczorajszy etap trasy R 10 zdecydowanie nie zachwycił, o tyle dziś wiedziałem że będzie zdecydowanie lepiej. Minęło bodaj sześć lat kiedy śmigałem cały odcinek naszego wybrzeża. Odcinek od Ustki aż po Międzywodzie był rewelacyjny.
Poranek przywitał mnie bardzo ładną pogodą co nad morzem nie jest standardem. Z Jarosławca gdzie nocowałem do Kołobrzegu miałem mniej więcej około stu kilometrów. Nie trzeba było więc się zbytnio spieszyć. Ruszyłem w stronę Darłowa gdzie zaplanowałem sobie pierwszy postój. Ten odcinek upływam mi dość leniwie. Głównie przez fakt, że dużym fragmentem jechałem pięknym odcinkiem, gdzie z jednej strony miałem Morze Bałtyckie a z drugiej Jezioro Kopań. Po dotarciu do Darłowa skierowałem się w stronę zamku. Z uwagi na fakt, że miałem mniej więcej pół godziny do otwarcia mogłem sobie pozwolić na małą białą kawę oraz sernik. Sam zamek kiedyś już zwiedzałem, stąd dziś wszedłem sobie jedynie na wieżę. Po szybkim zwiedzaniu można było ruszać dalej. Trzeba przyznać, że odcinkiem od Darłowa aż do Łaz jechało się wyśmienicie. Cały czas wzdłuż drogi wojewódzkiej miałem do dyspozycji rowerową autostradę. Można było się delektować jazdą choć coraz mocniej zaczęło przygrzewać słoneczko. Po dojechaniu do Łaz zrobiłem sobie małą przerwę na zupę rybną. Trzeba przyznać, że była całkiem smaczna. Po chwilowym odpoczynku ruszam dalej. Przede mną był najtrudniejszy odcinek a mianowicie przejazd przez Mielno. Na szczęście mamy dopiero początek sezonu więc jeszcze nie ma tam miliona turystów. Dzięki temu udało się w miarę szybko wydostać z tejże miejscowości. Jadąc dalej w Gąskach napotkałem na niespodziewany remont drogi. Ale wiadomo Gwidon może wszędzie dlatego jakoś udało się przebić przez na szczęście niezbyt długi odcinek, który doczeka się nowej nakładki. Za Gąskami znów czekał mnie ciężki odcinek. Przejazd przez Ustronie Morskie oraz Sianożęty nie jest przyjemny. Sporym fragmentem szlak rowerowy prowadzi wąską ścieżynką pomiędzy plażą a nowo wybudowanymi apartamentowcami. Przeciskając się przez mrowie turystów musiałem zrobić sobie przerwę na lody. Z nieukrywaną radością przywitałem koniec zabudowań. To oznaczało, że został mi do pokonania ostatni odcinek do Kołobrzegu. Trochę martwił mnie widok zbierających się burzowych chmur. Ale byłem już praktycznie na miejscu więc jakoś zbytnio się tym nie przejmowałem. Mogłem sobie co jakiś czas zrobić pauzę na krótkie plażowanie. Znalazłem też czas na posiłek. W sumie to miała być sama lemoniada, ale zostałem namówiony na rewelacyjną karkówkę z opiekanymi ziemniakami. Zerkając na licznik okazało się, że brakuje trzech kilometrów do setki. Pokręciłem się więc w okolicach mola i latarni morskiej.
Niestety z ołowianych chmur zaczynało coraz bardziej padać. Stąd trzeba było się powoli ewakuować w stronę dworca kolejowego.
Komentarze
Prześlij komentarz