poniedziałek, 19 czerwca 2017

Staruszek Dąb Bartek

Na tegorocznej liście miejsc do zwiedzania umieściłem m.in. Dąb Bartek. Napisałem, że to najstarszy dąb w Polsce. Jeden z czytelników wskazał, że to nieprawda. Możliwe. Nie zmienia to faktu, że Dąb Bartek należy do najstarszych w naszym kraju. 
Optymistyczne prognozy pogody na poniedziałek zachęcały do wyprawy. Wczesnym rankiem ruszyłem utartym szlakiem w kierunku Przedborza. Tam niemal tradycyjnie zakupy w sklepie państwa Nowaków i dalej w drogę. Podobnie jak do Chęcin jechałem przez Wojciechów, Piskorzeniec, Rudę Pilczycką, Rytlów. Ponieważ jechałem tamtędy nie pierwszy raz przywykłem, że fragmentami będzie się jechać bardzo ciężko. Wszystko przez fatalną nawierzchnię. W miejscowości Mnin tradycyjnie krótka przerwa na oranżadę z Krasnalem. Byłem zaskoczony, że nikt nic ode mnie nie chciał, choć nie brakowało miłośników złocistego trunku. 
Po krótkim odpoczynku ruszyłem w kierunku Łopuszna i Strawczyna. W tej drugiej miejscowości zatrzymałem się na krótko w miejscu, gdzie urodził się Stefan Żeromski. Przy okazji uciąłem sobie krótki panel z panem od remontu dróg. Tradycyjnie padły pytania: skąd i dokąd jadę. Życzliwe - "szerokości" i można było kontynuować podróż. Nie ukrywam, że jechałem trochę niepewnie. W końcu zbliżałem się do Kostomłotów a więc bardzo ruchliwej DK 74. Na szczęście przy pomocy świateł udało mi się sprawnie przedostać na drogę prowadzącą do Samsonowa i Zagnańska. W Tumlinie czekało mnie kilka bardzo wymagających podjazdów. 
Docieram do Samsonowa. Punkt informacji turystycznej niestety zamknięty. Ale nic to. Jeszcze tylko kilka obrotów korbą i na 109 km docieram do Dębu Bartek. Przy okazji okazuje się, że w tym roku pokonałem już 4000 km.


"Bartek" robi wrażenie. Ma blisko 30 metrów wysokości, a obwód pnia do kilkanaście metrów. Widać, że dąb jest wiekowy. Od lat chyli się ku upadkowi, ale dzięki podporom nie stracił żadnego z imponujących konarów. Poza uginającymi się konarami "Bartek" zmaga się też z próchnicą. naukowcy szacują, że zdrowa tkanka dębu waha się od 5 do 20 centymetrów. 
Podjeżdżam jeszcze do Urzędu Gminy w Zagnańsku po pamiątkową pieczęć i zawracam. Jeszcze raz przejeżdżam obok "Bartka". W Samsonowie zatrzymuję się przy ruinach huty Józef. 


Inicjatorem jej budowy był w 1817 roku Stanisław Staszic. Huta funkcjonowała przez blisko 50 lat. W 1866 roku została zniszczona przez Rosjan. Wszystko przez to, że podczas powstania styczniowego produkowała broń dla powstańców. 
Decyduję, że nie będę wracał tą sama drogą. Kieruje się na Odrowąż. Czeka mnie niezła sinusoida. Raz pod górę, raz w dół. I tak przez 16 km. W Odrowążu wyjeżdżam na DK 42. Kilka podjazdów trochę mnie zmęczyło. A czekały na mnie kolejne. Swoje zrobiła również coraz wyższa temperatura. W Końskich na 152 km trzeba było zrobić przerwę na placek po węgiersku. 
Po krótkiej regeneracji sił ruszyłem w dalszą podróż. Znów czekało na mnie kilka mocnych podjazdów. Wysoka temperatura w szybkim tempie pozbawiała mnie zapasów picia. W Fałkowie robię przerwę na uzupełnienia zapasów. 
Mimo gorąca jechało się w miarę dobrze. W Strzelcach Wielkich na 202 km ostatnia przerwa na jedzenie. Jeszcze tylko niecałe 30 km i jestem w domu. 
Licznik wskazał nieco ponad 231 przejechanych kilometrów. A to oznacza najlepszy wynik w tym roku i czwarty na liście najdłuższych jakie pokonałem Gwidonem. 

niedziela, 11 czerwca 2017

Powrót z urokliwą Wierną Rzeką...

Piękny widok na ruiny zamku w Chęcinach przywitał mnie w niedzielny poranek. Aż żal było odjeżdżać. Niestety obowiązki zawodowe sprawiły, że po 7:00 trzeba było ruszać w drogę powrotną do Radomska. Dziś było bez fajerwerków i zwiedzania. 
Wraz z Dominikiem z Chęcin ruszyliśmy w kierunku Małogoszczy. Jechało się bardzo dobrze. Teren lekko pofałdowany, więc nudno nie było. W miejscowości Bocheniec przywitała Nas piękna droga rowerowa. Złość człowieka bierze, że w powiecie radomszczańskim nie można tak robić dróg rowerowych. A wystarczy tylko odrobina dobrej woli. Po dotarciu do Wiernej Rzeki nie mogliśmy sobie odmówić krótkiego odpoczynku i sesji zdjęciowej. 


Przejeżdżamy przez centrum Małogoszczy, które sprawia uśpionego. Lokalnymi drogami śmigamy w kierunku Krasocina. Teren był fajnie pofałdowany, więc raz jechaliśmy pod górkę a raz z górki. Szczególnie zjazd z Gruszczyna robi wrażenie. Śmigałem Gwidonem ponad 50 km/h. W Krasocinie robimy przerwę na drugie śniadanie. Dalej jechaliśmy na Włoszczowę. I znów miłe zaskoczenie. Na dwóch odcinkach bardzo ładne drogi rowerowe. 
Z Włoszczowej ruszamy na Radomsko. Za Kurzelowem czekają Nas drobne utrudnienia na drodze, ale to nic. Za tydzień czy dwa remont się skończy a droga będzie nowa a nie połatana jak to często bywa. Jeszcze tylko postój w Maluszynie i jedziemy do Radomska. 
Z kronikarskiego obowiązku przejechałem dziś 104 km. 

sobota, 10 czerwca 2017

Oblęgorek, Tokarnia, Chęciny - czyli smak Świętokrzyskiego...

Są miejsca, do których lubię wracać. Bez wątpienia do takich należy zamek w Chęcinach. Dziś przyszedł czas aby po rocznej przerwie odwiedzić to miejsce raz jeszcze. 
Start na dzisiejszą wyprawę nastąpił dość wcześnie bo przed 5:00 rano. Przy Urzędzie Skarbowym dołącza do mnie Dominik i razem jedziemy w kierunku Dworku Henryka Sienkiewicza w miejscowości Oblęgorek. Mimo wczesnej pory jedzie się całkiem przyjemnie. Kilometry szybko przewijają się przez licznik. Całkiem sprawnie udało nam się przemieścić do Przedborza. Tam krótki postój na jedzenie. I dalej w drogę tym razem na Łopuszno. Momentami jest ciężko zwłaszcza w Wojciechowie i momentami w Piskorzeńcu. Wszystko przez fatalny stan nawierzchni jak mamy w tamtym rejonie. 
W Mninie robimy krótki postój. W końcu zawsze jak jadę w Kieleckie muszę się tam napić oranżady z krasnalem. Przy okazji napatoczyła się przedstawicielka miejscowego elementu, która zapytała mnie czy pożyczę jej dwa złote. Dałem 2 złote, choć wiedziałem, że nie pójdą na chleb lecz na przelew. Przy okazji okazało się, że jestem podobny do zięcia tejże matrony - Rafała. Idę zanieść butelkę do sklepu. Dwaj jegomoście, którzy byli już na podwójnym gazie próbowali uruchomić skuter. Niestety mimo usilnych prób nie udało się. 
My z Dominikiem śmigamy do Łopuszna, gdzie w bankomacie możemy wyciągnąć nieco gotówki, która przyda nam się podczas dzisiejszej wyprawy. Za Łopusznem piękny zjazd. Gwidon osiąga prędkość ponad 50 km/h. W Snochowicach szybkie spojrzenie na mapę. Na Oblęgorek trzeba skręcić w lewo ale dopiero w następnej miejscowości. I tak w Piotrowcu odbijamy w lewo. Jeszcze niewielki kawałek i jesteśmy w Oblęgorku. Na dziedzińcu dworku zamawiamy lody i kawę u sympatycznej pani. Czekamy na Danutę i Witolda, którzy już wczoraj zameldowali się w Chęcinach. Po krótkim oczekiwaniu już w czteroosobowym składzie zwiedzamy dworek.


Z Oblęgorka początkowo Green Velo jedziemy w kierunku Chęcin. Wszystko ładnie wyglądało do miejscowości Szewce. Później wjechaliśmy w jakiej piachy. I trzeba było prowadzić rowery. Na szczęście nie trwało to długo. W końcu docieramy do Chęcin. W miejscu noclegowym zostawiamy niepotrzebne rzeczy i ruszamy w kierunku Tokarni. 
Na niebie pojawiają się nieprzyjemne chmury. Będzie padać? Nie może! Musi wytrzymać. Wokół ruin zamku w Chęcinach jedziemy do Tokarni. Niewielkim fragmentem jesteśmy zmuszeni poruszać się DK 7. Ale szybko meldujemy się w Muzeum Wsi Kieleckiej. Mamy olbrzymi obszar do zwiedzania podczas, którego możemy się przenieść w czasie.


Ja zwiedzam w towarzystwie Dominika. Danuta zaś z Witoldem. Po lekcji historii i etnografii czas na posiłek. W restauracji przed Skansenem można co prawda zapłacić kartą, ale kosmiczne ceny skutecznie Nas odstraszają. Wybieramy więc żur w Karczmie położonej na terenie Skansenu. U sympatycznej pani Haliny z kuchni wynegocjowałem ciut większą porcję. Przy okazji pozdrawiam równie miłą panią Patrycję, która nie dość, że wcieliła się w rolę fotografa to jeszcze nie obraziła się, że nazwałem ją karczmarką. 


Telefonicznie ustalamy, że nie będziemy czekać na Danutę i Witolda. We dwójkę jedziemy z powrotem. Najpierw jedziemy kawałek DK 7 a potem kilka kilometrów pod górkę w kierunku zamku w Chęcinach. Biorąc pod uwagę fakt, że jutro rano musimy szybko wracać dziś odwiedzamy ruiny warowni, która tak urzekła mnie rok temu. 


Na końcówce etapu zatrzymujemy się w chęcińskim rynku na mały obiad. Tam są już Danuta i Witold. Po posiłku i odpoczynku jedziemy na miejsce noclegu. Ja dokręcam jeszcze do równego rachunku. Tak aby było 133 km. 

sobota, 3 czerwca 2017

Rajdowo z przedszkolakami z Korczaka

Wierni czytelnicy mojego bloga z pewnością pamiętają jeden z moich jesiennych wpisów, o projekcie realizowanym wspólnie z Publicznym Przedszkolem nr 2. W ramach jego realizacji nie tylko opowiadałem moim przedszkolakom o moich rowerowych wyprawach. Nie zabrakło również zajęć z bezpiecznego podróżowania a także o tym jak ubierać się na rower, co jeść podczas jazdy rowerem. Dzieciaki poznały też historię rowerów oraz podstawowe części jednośladów. Nie zabrakło również konkursów: plastycznego a także wiedzy dotyczącego rzecz jasna jednośladów. 
Dziś nadszedł czas na podsumowanie. A jak podsumowanie to oczywiście na rowerach. Krótki rajd nadawał się do tego idealnie. Do pokonania mieliśmy około 4 km. 
Kiedy dotarłem do przedszkola byłem mile zaskoczony frekwencją. Rodzice z dziećmi na rowerach, miód na moje serce. A do tego pięknie przystrojone rowery. Nawet Gwidonkowi trafił się żółty balonik. Barwnym korowodem pojechaliśmy ścieżkami rowerowymi na Armii Krajowej, Jagiellońskiej, Starowiejskiej i Owocowej. Jeszcze tylko kawałek Torową i byliśmy na miejscu czyli na w Gospodarstwie Rybackim w dzielnicy Folwarki. 


Tam nadszedł czas na podsumowanie całego projektu. Dzieciaki otrzymały nagrody za konkurs wiedzy. Dla wszystkich maluchów były też uśmiechnięte odblaski. 
Wracając do domu naszła mnie taka refleksja. mam nadzieję, że choć jedno dziecko załapie bakcyla rowerowego podróżowania.

sobota, 27 maja 2017

Rajdowo od szkoły do szkoły

Co by nie mówić wyspany to ja dziś nie byłem. Nie mogłem jednak odpuścić rajdu rowerowego, tym bardziej, że sobota zapowiadała się wyjątkowo ładnie. 
Już pod koniec ubiegłego roku na jednym z zebrań Klubu Turystycznego PTTK w Radomsku, że wspólnie z gminą Ładzice zorganizujemy rajd rowerowy "Od szkoły do szkoły". 
Zbiórka uczestników miała być przed Urzędem Gminy w Ładzicach, ale ostatecznie zebraliśmy się pod sklepem. Pod gminą zrobiliśmy sobie jedynie zdjęcie i ruszyliśmy w drogę. 
Trasa początkowo wiodła bocznymi drogami gminy Ładzice. Przejechaliśmy m.in. przez miejscowość Kozia Woda. Po kilku kilometrach wjechaliśmy na tereny leśne. Momentami było bardzo ciężko ze względu na piach i komory, które Nas nękały. Pogoda była bardzo ładna, więc mimo tych niedogodności humory dopisywały. 


Po wydostaniu się z lasu wyjechaliśmy koło szkoły w Jedlnie gdzie właściwie zaczyna się miejscowy szlak rowerowy "Od szkoły do szkoły". Kawałek pojechaliśmy polnymi duktami i wyjechaliśmy na drogę asfaltową, którą jechaliśmy w kierunku Jankowic i Zakrzówka Szlacheckiego. W okolicach zalewu był dziś zlot pojazdów militarnych. W tym miejscu niestety musiałem zakończyć mój udział w rajdzie. Trzeba było pędzić do pracy. 
Biorąc pod uwagę drogę do Ładzic, później rajd a na koniec trasę do pracy pokonałem 45 km. Niby nie dużo, ale nie to dziś było najważniejsze. Grunt, że rajd się udał. 

poniedziałek, 22 maja 2017

Wizyta u Cystersów z Jędrzejowa

Trochę inaczej to miało wyglądać, ale trudno. Dwudniowa wyprawa do Bałtowa zostaje odłożona w czasie. Póki co na początek czerwca. Zobaczymy czy uda się ją w końcu zrealizować. Dziś natomiast wybrałem się do Jędrzejowa, gdzie planowałem odwiedzić miejscowe Muzeum Zegarów oraz Opactwo Cystersów. Co z tego wyszło? Zapraszam na relację.
Ruszyłem wcześnie rano. Pogodny poranek sprawił, że jechało mi się całkiem dobrze. Sprawnie dotarłem do Żytna. Dalej jechałem na Włoszczowę. Za mostem w Maluszynie zaczął się kilkukilometrowy odcinek fatalnej drogi. Jest jednak szansa, że wkrótce zmieni się on nie do poznania. Trwa tam bowiem remont. W Kurzelowie na 50 km robię sobie przerwę na zakupy.
Po krótkiej przerwie ruszam w kierunku Włoszczowy. Robi się coraz cieplej więc można jechać już tylko w krótkich spodenkach. Zbliżając się do Nagłowic dwukrotnie do Muzeum Przypkowskich w Jędrzejowie. Okazuje się, że mimo wcześniejszych zapewnień z uwagi na poniedziałek mogę zostać nie wpuszczony do Muzeum. No chyba, że będę w miarę szybko to tak bo jest grupa. Nie ukrywam, że zrobiło mi się trochę przykro, ale liczyłem na gest dobrej woli ze strony pracowników Muzeum.
Od ronda w Nagłowicach czekał mnie około 10 km ciężki odcinek. Musiałem się ruchliwą drogą krajową 78. Już w samym Jędrzejowie nieco złe pojechałem, ale ostatecznie przy pomocy miejscowej ludności dojechałem do centrum, gdzie znajduje się Muzeum. Niestety pani, która otworzyła drzwi stwierdziła jedynie, że dziś jest poniedziałek i turystów indywidualnych nie wpuszczają. Na nic zdał się argument, że przyjechałem tu rowerem pokonując 100 km.
Zrezygnowany pojechałem na pizzę a następnie już w drodze powrotnej zatrzymałem się w Opactwie Cystersów. To właśnie tam swoją Kronikę pisał Mistrz Wincenty zwany Kadłubkiem.


Początki opactwa sięgają pierwszej połowy XII wieku. Warto zwrócić uwagę nie tylko na celę Mistrza Wincentego ale również na barokowe organy w przyklasztornym Kościele.
Ponieważ wracałem tą samą drogę miałem już wiedzę gdzie czekają na mnie drogowe niespodzianki. Mocne promienie słońca zadbały o moją pierwszą w tym roku opaleniznę. W drodze powrotnej nieco dokuczał mi przeciwny wiatr. Nie był jednak na tyle mocny aby opóźnić jazdę. Z krótką przerwą w Kurzelowie zameldowałem się domu przed 19:00 mając na liczniku pokonanych 200 km. 

poniedziałek, 15 maja 2017

Ogiery z Bogusławic

Poniedziałkowy poranek nie zachęcał do wyprawy rowerowej. Jednak nie na tyle aby w ogóle zrezygnować z jazdy. Po wczorajszym rajdzie Gwidon ma się nieco lepiej więc można gdzie wyruszyć. Wybór padał na stadninę ogierów w Bogusławicach koło Wolborza. Miejsce to jak zapewne pamiętacie znalazło się na liście godnych odwiedzenia w 2017 roku. 
Ruszyłem więc w stronę Piotrkowa Trybunalskiego. Zaczęło się wypogadzać więc z krótką przerwą na zakupy w Niechcicach sprawnie dotarłem do trybunalskiego grodu. Wszystko przebiegało dobrze do momentu wyjazdu z Piotrkowa. Przy wylotówce na rondzie jeden z kierowców tira o mało mnie nie rozjechał. Musiałem czym prędzej uciekać. Przez to skręciłem nie tak jak powinienem. Zamiast w kierunku drogi wojewódzkiej 716 pojechałem prosto w sumie niezbyt dobrze wiedząc gdzie jadę. I tak wzdłuż S8 dotarłem aż do Polichna. Stamtąd skierowałem się na miejscowość Proszenie. Wszystko po to aby przebić się do Moszczenicy. W Proszeniach natrafiłem na remont drogi. Na szczęście robotnicy okazali się bardzo sympatyczni i umożliwili mi przejazd. 
Po tych krótkich perypetiach udało mi się przebić do Moszczenicy. Stamtąd już tylko skręt na Wolbórz. Kilka kilometrów i jestem przy stadninie ogierów w Bogusławicach. Obiekt dość duży. Trochę się po nim pokręciłem. W końcu od jednej z pracownic dowiedziałem się gdzie jest biuro. Tam pani, która chyba odpowiada również za kontakty z turystami podbija mi książeczkę. Jednak rozmowa z panią do sympatycznych nie należała. Czułem się trochę jak nieproszony gość. Co prawda pani zezwoliła mi na obejrzenie obiektu, oczywiście bez wchodzenia do stajni, ale o zrobieniu zdjęcia mogłem tylko pomarzyć. Pani z biura dała mi wizytówkę właściciela i kazała dzwonić po zgodę na zdjęcie. Jak się pewnie domyślacie telefon właściciela był wyłączony. Cóż cyknąłem zdjęcie przy wjeździe do stadniny. Może nie będą mnie za to ścigać.


Sama stadnina ma ponad 100-letnią tradycję. W czasie I Wojny Światowej zgrupowano w okolicach Piotrkowa Trybunalskiego około 170 ogierów. W okresie międzywojennym stadnina rozkwitła głównie za sprawą Tadeusza Nosarzewskiego a stado z Bogusławic zostało poświęcone "ku chwale hodowli i Rzeczypospolitej. Nie najlepsze dla stada jak nie trudno się domyślić były lata II Wojny Światowej. Po jej zakończeniu ośrodek znów zaczął rozkwitać.  W okresie PRL-u stado ogierów z Bogusławic liczyło 150-200 sztuk. W tym czasie kręcono tam sceny wielu filmów. Po 1989 stado przeszło w prywatne ręce. Obecnie od kilku lat jest własnością państwa Ostrowskich. To tyle z kart historii obiektu. 
Niezbyt zadowolony z wizyty wracam z powrotem. W Wolborzu na niebie pojawiają się ołowiane chmury. Nie ma co będzie padać. Deszcz dopadł mnie w Moszczenicy. Robię więc postój najpierw w sklepie na drobne zakupy a następnie w miejscowej pizzerii. 
Dość szybko przestaje padać. Jadę więc najkrótszą drogą w kierunku Piotrkowa. Tą którą miałem jechać również rano. W Piotrkowie znów zaczyna padać. Delikatny deszczyk będzie mi towarzyszył aż do okolic Kamieńska. Tam deszcz zupełnie ustaje. Na rogatkach Radomska zajeżdżam do sklepu rowerowego, aby zamówić dla Gwidona wymianę dętek. Docieram do domu. Przejechałem nieco ponad 143 km, a więc za mało aby wpisać dzisiejszą trasę na listę tych najdłuższych. 

niedziela, 14 maja 2017

Defekt na rajdzie RdR

Skoro nie mogłem pojechać na dwudniowy rajd rowerowy na Jurę Krakowsko-Wieluńską to chociaż na niewielką wycieczkę rowerową ze stowarzyszeniem Razem dla Radomska postanowiłem się wybrać. Tym bardziej, że pogoda dziś była dziś wyjątkowo ładna. 
Trasa V Rodzinnego Rajdu Rowerowego zaczynała się przed Miejskim Domem Kultury. Początkowo jechaliśmy ulicami miasta. Później skręciliśmy w fatalnej jakości dukty leśne. na efekty nie trzeba było długo czekać. Na ósmym kilometrze łapię defekt przedniego koła. Tak się kończy jazda po niesprawdzonych trasach. Na domiar złego nie zabrałem ze sobą pompki. Pożyczam więc od pani Kasi. Zatrzymuję się na poboczu i zabieram się do wymiany dętki. Dopiero w domu okaże się, że powodem defektu był rozszczelniony wentyl. 


Po doprowadzeniu Gwidona do stanu używalności ruszyłem w pogoń za peletonem. Biorąc pod uwagę fakt, że rajd jechał bardzo wolniutko nie minął kwadrans a na wysokości miejscowości Bobry dogoniłem uciekający peleton. Ponieważ musiałem śmigać do pracy po doścignięciu peletonu trzeba było się odłączyć. Chwilę jechałem z grupą. W końcu pan Leon krzyknął: "lewa wolna dla prezesa". Lud delikatnie zjechał w prawo a ja mogłem spokojnie wyprzedzić wszystkich i popędzić do pracy. 

środa, 10 maja 2017

Z wizytą w JuraParku w Krasiejowie

Choć środowy poranek był wyjątkowo chłodny, cały dzień zapowiadał się bardzo interesująco. Ze wstępnych wyliczeń trasa zaplanowana na dziś oscylować będzie wokół 200 km. To oczywiście zawsze działa na wyobraźnię. 
Ruszając z Tarnowskich Gór w kierunku Zbrosławic nie popełniam błędu z wczorajszego dnia. Zakładam zimowe rękawiczki. W Zbrosławicach skręcam w prawo i bocznymi drogami przebijam się w kierunku miejscowości Wielowieś. Tempo jazdy nie jest zawrotne, ale nie jest też bardzo wolne. Z Wielowsi kieruje się na Zawadzkie i Kolonowskie. W Rzędowicach przed Zawadzkimi zatrzymuje się na zakupy. Robię zapas bananów, słodyczy oraz picia. 
Dalsza trasa biegnie terenami leśnymi. W końcu docieram do Krasiejowa. Jednak zanim trafię do miejscowego JuraParku, który jest głównym punktem dzisiejszej wyprawy mija kilka ładnych kilometrów. 
Kupuję bilet, który do tanich nie należy i zamierzam wejść na teren obiektu z Gwidonem. Okazuje się, że nie mogę i muszę go zostawić przed parkiem. O nie. Trochę na przekór obsłudze wprowadzam Gwidona na teren obiektu i ruszam na zwiedzanie. Trasa liczy około 2 km. Po drodze możemy podziwiać dinozaury. A jest ich około 70 gatunków i około 200 różnych dinozaurów.


Na powierzchowne zwiedzanie trzeba zarezerwować około 2 godzin. Po drodze pawilon paleontologiczny. Nie można ominąć Kina Emocji 5D. Ciekawie prezentuje się prehistoryczne Oceanarium. Coś pominąłem? Tak. Ominąłem Tunel Czasu. Niestety nie dane było mi go odwiedzić. Wjeżdża się do niego specjalna ciuchcią, która jeździ tam raz na godzinę. Po skończonej wizycie już wydawało się, że dostanę się tam wraz z grupą przedszkolaków. Niestety nie udaje mi się. Przy okazji doszło do małej scysji z panem prowadzących kolejkę. Zrezygnowany odpuszczam Tunel Czasu. Może innym razem mi się uda. Nie ukrywam, że poczułem się trochę kopnięty w cztery litery. Ja rozumiem, że grupy zorganizowane zostawiają sporą gotówkę w parku. Ale ja przecież też kupiłem bilet i dlaczego nie mogę skorzystać ze wszystkich przewidzianych atrakcji. Może władze Juraparku powinny pomyśleć o turystach indywidualnych?
Po wyjściu z obiektu zgłaszam swoje uwagi przy kasie. Okazuje się, że mam przyjemność z koordynatorem obiektu. Pani przeprasza mnie za zachowanie pana kierującego kolejką. Niespodziewanie otrzymuję bezpłatną wejściówkę do dwóch pozostałych JuraParków, którymi zawiaduje Stowarzyszenie Delta. Bałtów mam w planach, ale Solca kujawskiego już nie. Wygląda więc na to, że trzeba będzie coś wykombinować aby i tam dotrzeć.
Z Krasiejowa ruszam do Ozimka i dalej na Bierdzany. Skręt w prawo i wśród leśnej ciszy jadę w kierunku Olesna. Na mniej więcej setnym kilometrze dopada mnie lekki kryzys. Zjadam resztki pożywienia z nadzieją, że w Olesnie zjem jakiś obiad. Nic z tego. Nie ma żadnego godnego uwagi lokalu gastronomicznego. Jadę więc dalej. Nie dość, że nie ma żadnego baru to nie ma też sklepu. Najbliższy jest dopiero w Bodzianowicach. A to już 125 km trasy. Za dwa kilometry zatrzymuję się w lokalu w miejscowości Przystajń. Zamawiam obiad. Przy okazji posiłku doszło do kuriozalnej sytuacji. Pani z obsługi pomyliła talerze i zamiast zwykłego schabowego dostałem z pieczarkami i serem. Wraz z panem, który dostał mój talerz kiwamy tylko głowami, ale nie robimy większej afery. 
Obiad wyraźnie dobrze mi zrobił. Jadę do Panek a tam skręcam w lewo z zamiarem przebicia się w stronę Mokrej. Mam dwa warianty do wyboru. Wybieram ten dłuższy, gdyż według wstępnych wyliczeń te dodatkowe kilometry pomogę mi w osiągnięciu magicznych 200 km. W Opatowie przebijam się przez DK 43. Z mapy wynika, że zaraz powinien być skręt w prawo na Wilkowiecko. Wyjeżdżam w Mokrej. Przy pomniku poświęcanym żołnierzom, którzy walczyli pod Mokrą 1 września 1939 roku robię postój. Oddaję hołd bohaterem spod Mokrej. 


Wczoraj był dzień Zwycięstwa. Szkoda, że nikt o tym wydarzeniu nie pamiętał. Stojąc przed pomnikiem zastanawiam się ilu żołnierzy, którzy 1 września 1939 roku walczyli pod Mokrą, doczekało 9 maja 1945 roku? 
Ruszam dalej na Miedźno. W Ostrowach krótki postój na zakupy. Śmigam dalej na Ważne Młyny i Nową Brzeźnicę. W tej ostatniej miejscowości zatrzymuję się w Dino na nieco większe zakupy. 
Już wiem, że uda mi się osiągnąć 200 km. Z Nowej Brzeźnicy można powiedzieć, że jest to ostatnia prosta w drodze do domu. Na mecie okazuje się, że pękło 200 km. 

wtorek, 9 maja 2017

Zimna Wódka, trzy zamki i Góra św. Anny

Trochę inaczej miał ten etap wyglądać. Głównym celem miał być Skansen Taboru Kolejowego w Pyskowicach. W sprawie odwiedzenia tego miejsca pod koniec kwietnia wysłałem stosownego maila. Do dziś nie dostałem odpowiedzi. Wczoraj podjąłem jeszcze próbę kontaktu telefonicznego z przedstawicielami Stowarzyszenia, które opiekuje się Skansenem. Niestety również bezskuteczną. Cóż widać, że członkowie Stowarzyszenia wola marnować czas na jarmarczne spory niż na kontakty z turystami. 
Wcześnie rano ruszyłem w kierunku Pyskowic. Na pierwszych kilometrach ręce tak mi zmarzły, że zacząłem żałować, iż nie zabrałem zimowych rękawic. 
Pomimo przenikliwego zimna jechało mi się całkiem znośnie, nawet biorąc pod uwagę fakt jechania ruchliwą DK 94. Po przekroczeniu granic województwa opolskiego okazuje się, że większość miejscowości ma tam podwójne nazewnictwo. 
Pierwszy dłuższy postój mam w miejscowości Ujazd. Tam podziwiam ruiny zamku biskupów wrocławskich. Poznaje również miejscowego włodarza. Tuż za miejscowym magistratem skręcam w prawo. Jeszcze tylko Stary Ujazd i oto jest - Zimna Wódka.


Miejscowość sprawia wrażenie uśpionej. Na szczęście jest tam sklep gdzie można zrobić zakupy. Jest też miejscowy LZS, który nie najlepiej radzi sobie w opolskiej B klasie. Tylko dziewięć punktów zdobytych i ponad sto bramek straconych. Ostatnio jednak gracze z Zimnej Wódki wygrali na wyjeździe z LZS Rożniątów 6:4. 
Dalej jadę sobie w kierunku Leśnicy. Wyjeżdżając z tej miejscowości czeka mnie kilka kilometrów podjazdu do miejscowości Góra św. Anny. Po drodze zwiedzam Muzeum Czynu Powstańczego, gdzie przypominam sobie historię trzech Powstań Śląskich. Odwiedzam również Pomnik Powstańców Śląskich. 


Przejeżdżając na autostradą A4 ruszam w kierunku Strzelec Opolskich. Sprawnie docieram do centrum. W magistracie od sympatycznych pań z Referatu Inicjatyw Gospodarczych i Promocji otrzymuję dwie mapy, pina z nazwą miejscowości oraz smycz. W parku podziwiam okazałe ruiny zamku. Z bannerów wiszących na murach wynika, że są plany jego odtworzenia. Oby kiedyś doczekały się one wcielenia w życie. 


Pozostał mi jeszcze jeden obiekt do zwiedzenia. Ruszam zatem wyjątkowo spokojna DK 94 do Toszka. Tam znajduje się kolejny zamek, który chciałem zwiedzić. Po dostaniu się na dziedziniec zamkowy próbuję zasięgnąć języka czy choćby na basztę można wejść. Widok z niej pewnie piękny. 


Nieco zdezorientowany trafiam do pań z działu marketingu. Siedzące za biurkami dwie matrony informują mnie, że mogę wejść za półgodziny bo koleżanka właśnie oprowadziła wycieczkę szkolną, zgasiła światła i zamknęła obiekt. Zdumiony pytam czy to aż tyle musi trwać. Wywiązała się mało przyjemna rozmowa. Kto mnie zna ten wie, że ciśnienie mi nieźle skoczyło do góry. 
Koniec, końców na basztę nie wszedłem. Musiałem się zadowolić deserem lodowym w zamkowej kawiarni. 
Tak już na spokojnie. Gdybym ja był szefem placówki to za takie traktowanie turystów obie panie z hukiem wywaliłby z pracy. Nie mieści mi się w głowie, że przejście 100 metrów musi zająć aż pół godziny. Dobrze nie wracam do tego bo znów się zdenerwuje.   
Przy rynku zatrzymuje się w restauracji gdzie jem pyszne risotto oraz rozgrzewam się herbatką. Aby uniknąć przebijania się DK 94 jadę bocznymi drogami. Niestety w Księżym Lesie popełniam błąd przez co muszę nadrobić kilka kilometrów. czas mam jednak dobry więc nie ma tragedii. W Tarnowskich Górach jest jeszcze jeden zamek do zwiedzenia. Niestety już zamknięty i jego zwiedzanie muszę odłożyć na inny raz. 
Na mecie okazuje się, że przejechałem 131 km czyli podobnie jak wczoraj.