sobota, 12 sierpnia 2017

Duch Bieluch musi poczekać

Nie ma się co oszukiwać. Wyprawa na wschodnie rubieże Polski dała mi się mocno we znaki. Wszystko przez potworne upały. Gdyby nie one z pewnością byłoby zupełnie inaczej. Nie zmienia to faktu, że zwiedziłem wszystkie zakładane miejsca. Na deser chciałem sobie zostawić Chełmskie Podziemia Kredowe, gdzie rządzi Duch Bieluch.
W sobotni poranek przyszło mi opuścić sympatyczne Gospodarstwo Agroturystyczne Pod Świerkami w miejscowości Nadrybie Wieś. Ruszyłem przetartym wczoraj szlakiem w kierunku Cycowa. Już pierwsze kilometry pokazały, że łatwo to mi się nie będzie. Zaczęły wychodzić trudy dwóch ostatnich etapów, które odbywały się w iście afrykańskich warunkach. Po dotarciu do Cycowa skręciłem w prawo na Siedliszcze. Po drodze pojawiło się trochę górek co w połączeniu z rosnącą temperaturą mocno utrudniało jadę. Z mozołem dojechałem do Siedliszcz a następnie do Marynia. Tam musiałem przejechać kawałek drogą krajową 12. Na szczęście szybko z niej uciekłem na Rejowiec. Droga, którą się poruszałem była niezła, więc jechało się znośnie. Od Rejowca w kierunku Chełma znów kilka wyczerpujących podjazdów. Na szczęście nawierzchnia drogi bardzo dobra co pozwoliło jechać nieco szybciej. Po dotarciu do rogatek Chełma skręcam w prawo w ulicę Lubelską, gdzie znajdują się Podziemia Kredowe. Docieram tam około 10:20. Pani informuje mnie, że była grupa, która wchodziła o 10:00 i teraz muszę czekać do 11:00. Na to nie mogę sobie pozwolić. Zwiedzanie trwa bowiem godzinę i nie zdążyłbym na pociąg. Nie ukrywam byłem zły bo przecież wystarczyłoby aby pani odpisała mi na maila. Wyjechałbym pól godziny wcześniej i zwiedziłbym podziemia. Ja rozumiem, że podziemia są prywatne i właściciele mogą robić co im się podoba. Ale tutaj zwyczajnie zabrakło z ich strony dobrej woli. Przecież można było mnie wpuścić abym dołączył do grupy, która już zwiedzała. Nie ukrywam było mi bardzo przykro. Tak się nie traktuje turystów. Poszedłem się pożalić do Ośrodka Informacji Turystycznej, gdzie przywitała mnie bardzo sympatyczna pani Agata. Ponarzekałem trochę i zaopatrzony w mapkę miejscowości poszedłem trochę zwiedzić. Z ciekawszych miejsc warto zajrzeć do byłego Kolegium Pijarów a także pospacerować po Parku XXX-lecia. Ten jest kiepsko przygotowany na rowerzystów. Wszędzie schody.


Po krótkim rekonesansie ruszam na dworzec PKP, skąd wyruszam w drogę powrotną do domu. 

piątek, 11 sierpnia 2017

Piekielny tour po wschodnich rubieżach Polski

Prognozy pogody na piątek nie pozostawiały złudzeń. Miało być jeszcze cieplej niż w czwartek. Oczywiście nie zniechęciło mnie to do odstąpienia z realizacji planów podróżniczych. A te były wyjątkowo bogate. 
Ruszyłem więc na Cyców w kierunku DK 82. Po kilku rozruchowych kilometrach skręcam w lewo i pędzę na Włodawę. Po drodze zatrzymuje się w miejscowości Wytyczno. Kiedyś kolega Rafał zapytał mnie czy w 1939 roku Polacy walczyli z Armią Czerwoną. Tak owszem. Jeden z takich bojów w granicach obecnego państwa polskiego miał miejsce właśnie w Wytycznie. To tam żołnierze Korpusu Ochrony Pogranicza 1 października 1939 roku stoczyli bój z Armią Czerwoną. Od dwóch przypadkowo napotkanych rowerzystek dowiaduje się jak trafić do miejsca, które upamiętnia to wydarzenie. Żadnego oznakowania bowiem nie ma, a powinno być. Poinstruowany bez kłopotów docieram do kopca i cmentarza wojskowego.


A z takich ciekawostek to o bitwie pod Wytycznem pisał w jednej ze swoich książek promotor mojej pracy magisterskiej prof. Czesław Grzelak. Po oddaniu hołdu żołnierzom zajeżdżam jeszcze do wsi po pieczątek. Sołtysa co prawda nie zastałem, ale pojawił się lekko podchmielony młody człowiek, który udostępnił mi pieczęć. Ucięliśmy sobie krótki panel dyskusyjny i ruszyłem dalej. 
Robiło się coraz bardziej gorąco. Dojeżdżam do Włodawy. Tam odwiedzam punkt informacji turystycznej. Przy okazji poznaję panią Iwonę, która mailowo tłumaczyła mi jak dojechać do trójstyku granicznego. Od pani Iwony dostaję atlas Green Velo województwa lubelskiego. Wypełniam ankietę i ruszam dalej. 
Po kilku kilometrach melduję się w Orchówku. Zaopatrzony w niezbędną wiedzę ruszam do trójstyku Bug. Po drodze nie uniknąłem małego błędu, ale ostatecznie udaje mi się odnaleźć graniczny trójstyk Polski, Białorusi i Ukrainy. 


Spoglądam przed siebie. Za Bugiem są już Białoruś i Ukraina. Po kilku chwilach pojawiają się żołnierze. Tylko patrzeć jak pojawi się nasza Straż Graniczna. Na wszelki wypadek przygotowuję dokumenty. Po krótkim odpoczynku ruszam z powrotem do Orchówka. Przy miejscowym spożywczaku dzwonię do Muzeum Byłego Obozu Zagłady w Sobiborze. Obecnie są tam prowadzone prace związane z budową Muzeum i zwiedzać się nie da. Postanowiłem jednak zaryzykować i zadzwonić. Może uda się zwiedzić. Ryzyko się opłaciło. Od pracownika Muzeum dowiedziałem się, że część obiektów jest już gotowa. Krótka decyzja. Jadę. Przed torami kolejowymi napotykam dwoje rowerzystów, którzy informują mnie, że jadąc szutrówką dotrę do byłego Obozu Zagłady w Sobiborze. Jadę spory kawałek a obozu nie widać. Dzwonię raz jeszcze do Muzeum. Okazuje się, że muszę dojechać do drogi asfaltowej. Po dojechaniu do niej popełniam błąd. Zamiast w lewo, skręcam w prawo przez co robię niepotrzebnie krótki na szczęście odcinek. W końcu docieram do byłego obozu zagłady w Sobiborze.


Sam obóz działał w latach 1942-1943. Został zlikwidowany po udanym buncie więźniów, który wybuchł 14 października 1943 roku. Dowodził nim Aleksander Peczerski. W efekcie buntu z obozu uciekło kilkaset osób. 
Z Sobiboru ruszam trasą Green Velo w kierunku Woli Uhruskiej. Z nieba leje się żar. A moje zapasy napojów izotonicznych są na wyczerpaniu. Robi się mało ciekawie, zwłaszcza że po drodze nie ma żadnego sklepu. Możecie sobie wyobrazić jaką radość sprawił mi spożywczak w miejscowości Bytyń. Dwie oranżady wypijam w momencie. Ruszam dalej. Wszak został mi jeszcze jeden punkt do zaliczenia. W Siedliszczach robię kolejna pauzę. Uzupełniam zapasy jedzenia i picia. Ucinam sobie panel dyskusyjny z autochtonami. Okazuje się, że do Dębu Bolko mam jeszcze 6 km. Przy takich warunkach pogodowych to dużo, zwłaszcza, że droga fatalna. Nie ma się co załamywać tylko jechać. Z drogi głównej skręcam na Hniszów i choć przez kilka minut cieszę się cieniem, który dalej mi wiekowy bo liczący około 500 lat Bolko. 


Z Hniszowa muszę zawrócić kilka kilometrów i skręcić w lewo w kierunku Sawina. Kilometry ciągną się strasznie. W końcu docieram do tejże miejscowości. Robię pauzę na picie i ruszam dalej na Wierzbicę. Tam kolejny postój i ruszam na Cyców. Robi się nieco chłodniej, albo tylko mi się wydaje. Poruszam się całkiem szybko, więc sprawnie docieram do Cycowa. Jeszcze tylko przebijam się przez DK 82 i można powiedzieć mam ostatnią prostą do Nadrybia Wsi, gdzie czeka na mnie zasłużony odpoczynek a także miła niespodzianka od właścicieli Agroturystyki Pod Świerkami.
Piekielny to był etap, ale i duma z osiągnięcia 172 km. 

czwartek, 10 sierpnia 2017

Odkrywamy uroki Polesia

Po traumatycznych wydarzeniach z wczorajszego dnia zastanawiałem się co przyniesie nowy dzień. Plan na dziś był dość prosty. Odwiedzić Muzeum Poleskiego Parku Narodowego a także Skansen w Holi. Przygotowując etap chciałem go nieco wydłużyć bo jazda od razu w kierunku Sosnowicy sprawiłaby, że etap byłyby dość krótki. 
Nie spiesząc się zbytnio pojechałem więc podobnie jak wczoraj do Łęcznej. Następnie skierowałem się na Parczew. Od początku etapu było pewne, że nie będzie on należał do łatwych. Może nie tyle ze względu na planowana liczbę kilometrów, a upał który był o wiele bardziej dokuczliwy niż wczoraj. Pomimo zmęczenia wczorajszym etapem jechało się nieźle. Od Parczewa zaczęło jednak już porządnie grzać. Na szczęście sytuację nieco ratował wiejący wiatr. Tak sobie jechałem na Sosnowicę. Stamtąd skierowałem się na miejscowość Hola. Droga stawała się coraz trudniejsza. raz ze względu na upał, dwa nie ma się co oszukiwać nawierzchnia pozostawiała sporo do życzenia. Skansen Kultury Materialnej Chełmszczyzny i Podlasia nie należy do imponujących. Składa się na niego zaledwie kilka budynków. Niestety nie mogłem ich zwiedzić od środka, gdyż były pozamykane. Musiałem się zadowolić oglądaniem ich z zewnątrz. 
Z Holi pojechałem kawałek w kierunku wschodniej granicy. Następnie zawróciłem na Sosnowicę. Skwar robił się nie do zniesienia. Trzeba było robić częstsze przerwy. Przed Sosnowicą skręcam w lewo na Urszulin. Nie ma co ukrywać blisko 20 km odcinek jest fatalnej jakości. Z trudem dotarłem do rogatek Urszulina. Skręcam w prawo na Starego Załucza gdzie mieści się Ośrodek Dydaktyczno-Muzealny Poleskiego Parku Narodowego. Na miejscu zwiedzam Muzeum. Udaję się również na ścieżkę edukacyjną "Żółwik".


Jak sama nazwa wskazuje można tam zobaczyć żółwie błotne. Poza tym na obszarze ośrodka jest miejsce rehabilitacji bocianów a także jeży. 
Nie ma się co oszukiwać za dużo to ja tego Poleskiego Parku Narodowego nie zobaczyłem. Kiedyś trzeba będzie przyjechać tutaj znów aby zobaczyć ścieżki edukacyjne, które na zdjęciach wyglądają bardzo kusząco. 
Za Ośrodkiem skręcam w piaszczystą drogę na Grabniak. Po drodze zatrzymuję się na placki ziemniaczane. W Garbatówce skręcam w prawo i powoli dojeżdżam do miejsca wypadowego, zaliczając 143 km. 

środa, 9 sierpnia 2017

W hołdzie bohaterom spod Kocka

Są wyprawy rowerowe, które na długo pozostaną w mojej pamięci. Z pewnością będzie do nich należała dzisiejsza wyprawa w okolice Woli Gułowskiej i Woli Okrzejskiej. Może nie tyle ze względu na ilość pokonanych kilometrów a na jej w pewnym momencie dramatyczny przebieg. 
Mając świadomość, że etap będzie liczył grubo ponad 200 km wyruszyłem na trasę tuż po 5:00 rano. Początkowo wszystko szło zgodnie z planem. W Zezulinie zrobiłem drobne zakupy i dalej jechałem w kierunku Parczewa. W Tyśmienicy skręciłem w lewo na Siemień. W tej ostatniej miejscowości trochę się zamotałem. Nie jest to jednak metropolia, więc szybko odnalazłem drogę na Czemierniki. Po drodze na jednej w kolein usłyszałem delikatny trach w rowerze. Początkowo nic się nie działo. jak się miało okazać najgorsze było dopiero przede mną. W Czemiernikach chciałem zobaczyć miejscowy pałac z bastionami. Ponieważ jest on w rękach prywatnych nic z tego nie wyszło. Zobaczyłem za to delikatne wybrzuszenie w przednim kole. Nie zwiastowało to niczego dobrego. najgorsze zaczęło się w miejscowości Dębica. W przedniego koła dość szybko zaczęło uchodzić powietrze. Pompując co kilka kilometrów Gwidona dotarłem do Kocka. Już na wstępie dowiedziałem się, że nie ma tam sklepu z rowerami. Udałem się więc na wulkanizację. Wydawało się, że skończy się tylko na załataniu dętki. Dokładniejsze oględziny opony wykazały jednak, że jest ona na tyle poważnie uszkodzona, że można ją tylko wyrzucić na śmieci. Pracownicy wulkanizacji należącej do pana Dariusza Czajki wypożyczyli mi mocno zwichrowany rower Wigry 3. Tym sposobem udałem się na poszukiwanie opony, która będzie pasować do Gwidona. W pierwszym sklepie się nie udało, w drugim również, podobnie jak w trzecim. W końcu zdesperowany docieram do sklepu Wikammedia. Wchodząc powiedziałem do sympatycznej sprzedawczyni, że w pani moja ostatnia nadzieja. Pani Dominika mimo szczerych chęci nie znalazła odpowiedniej opony. Udało się za to wyszukać oponę o podobnych parametrach. Trzeba zaryzykować. Kupuję i wracam na wulkanizację. Chłopaki od pana Czajki założyli oponę i ku mojej radości mogłem kontynuować podróż. 
Wstąpiłem do Urzędu Miasta gdzie poznałem pana burmistrza Tomasza Futerę, który jak się okazuje również jeździ rowerem. Poznałem również przesympatycznego pana marka z referatu ochrony środowiska, który wskazał mi drogę na Serokomlę oraz do kopca Berka Joselewicza. 
Z tego miejsca chcę podziewać wszystkim osobom, które przyczyniły się do tego, że mogłem kontynuować swoja wyprawę. A był to dopiero 96 km. 
Najpierw chciałem odnaleźć kopiec Berka Joselewicza, co ostatecznie mi się nie udało. Następnie wyjeżdżając z miasta wpadam jeszcze do pani Dominiki z informacją, że udało się wskrzesić Gwidona. Na chwilę zatrzymuję się przy pomniku gen Franciszka Kleeberga.


Ponieważ straciłem mnóstwo czasu pędzę w kierunku Serokomli i Woli Gułowskiej. To tam na początku października 1939 roku Samodzielna Grupa Operacyjna "Polesie" pod dowództwem gen. Franciszka Kleeberga toczyła ostatni bój podczas Wojny Obronnej 1939 roku. 
Docieram do Woli Gułowskiej. Zwiedzam Muzeum Muzeum Czynu Bojowego Kleeberczyków. Na cmentarzu w Turzystwie oddaję hołd żołnierzom SGO "Polesie", którzy do końca walczyli z niemieckim najeźdźcą. Z pewnością walczyli by dłużej gdyby nie zabrakło amunicji.


Z Woli Gułowskiej pędzę do Woli Okrzejskiej do Muzeum Henryka Sienkiewicza. Po drodze od jednego z autochtonów dowiaduję się, że jeśli chcę dojechać do dworku, w którym urodził się Henryk Sienkiewicz muszę jechać wzdłuż torów kolejowych i skręcić dopiero na drugim przejeździe. Tam też uczyniłem. Sprawnie dotarłem do wyznaczonego celu. Czas naglił więc Muzeum zwiedzam dość szybko, obiecując sobie, że jeszcze tam wrócę. Przy okazji dziękuję pracownikowi Muzeum za wykonanie sesji zdjęciowej. 


Podjeżdżam jeszcze do Okrzei gdzie zatrzymuję się przy kopcu Henryka Sienkiewicza, który był też miłośnikiem rowerów. 
Wracam, że Przytoczno, Michów i Samoklęski. Regularnie co 20 km robię przerwę na uzupełnienie płynów i zapasów jedzenia. Upał jest straszny. Na rogatkach miejscowości Krasienin osiągam magiczne 200 km. W Spiczynie na 224 km robię ostatnie zakupy. Od Łęcznej jadę już w zupełnych ciemnościach. W samym już Nadrybiu dokręcam brakujące kilkaset metrów tak aby etap zakończyć wynikiem 250 km. 

wtorek, 8 sierpnia 2017

Ujęty czarem Kozłówki

Plan na wtorkową wyprawę był dość prosty. Zwiedzić zespół pałacowo-parkowy w Kozłówce. Z uwagi na niezbyt długi odcinek nie musiałem zbyt wcześnie wstawać. Ruszyłem przetartym wczoraj szlakiem w kierunku Łęcznej. Stamtąd skierowałem się na Lubartów. Po drodze w Nowogrodzie robię przerwę na małe zakupy. Piękna pogoda sprawiała, że przyjemnie się pokonywało kolejne kilometry. Po dotarciu do Lubartowa, w centrum miasteczka skręcam w lewo na Nowodwór. Czas mam dobry więc jeszcze jeden postój robię na jedzenie. Około 10:30 melduję się w Kozłówce. Miejscowe Muzeum Zamoyskich robi niesamowite wrażenie. Na teren zespołu pałacowo-parkowego wjeżdżać rowerem nie można. Muszę więc zostawić Gwidona na parkingu. 
O 11:00 wraz z grupą turystów zwiedzamy pałac.


Warto pamiętać, że Kozłówka nie od zawsze należała do Zamoyskich. Początkowo należała do rodu Bielińskich. W 1799 roku Franciszek Bieliński dobra kozłowieckie sprzedaje Aleksandrowi Zamoyskiemu. Największy zaś wkład w rozwój posiadłości wniósł Konstanty Zamoyski. Skoro już przy Zamoyskich jesteśmy to warto przytoczyć jedną ciekawostkę. Otóż za protoplastę rodu Zamoyskich herbu Jelita i zawołaniu To mniey boli uważany jest Florian Szary. Tak, ten sam o którym w swojej powieści pisze Józef Kraszewski. A skoro Florian Szary to i okolice Przedborza. Dlaczego? Kiedyś z pewnością będzie okazja o tym napisać. 
Oprócz pięknych wnętrz pałacu nie sposób ominąć innych atrakcji Kozłówki. Na terenie znajdują się dwa ogrody. Jeden w stylu angielskim, drugi zaś francuskim. Jest też powozownia. Nie ma co ukrywać, że dla mnie poza pałacem największą atrakcją była Galeria Sztuki Socrealizmu. Ciekawi mnie czy w myśl przyjętej ostatnio przez sejm jednej z ustaw pójdzie ona do kasacji? 
Aby nie wracać ta samą drogą pojechałem nieco okrężna trasą przez Kamionkę i Samoklęski. Tam na chwilę przystanąłem przy pomniku, który pewnie niedługo pójdzie do rozbiórki?
Mimo słońca, upał nie był aż tak bardzo odczuwalny ze względu na wiatr. Ten momentami dawał się we znaki, ale przede wszystkim chłodził. 
Tak sobie jechałem na Krasienin i dalej na Niemce. Stamtąd odbicie na Łęczną. Drogę znam już w miarę dobrze, więc sprawnie ją pokonałem. A po dotarciu na miejsce noclegowe odhaczam 122 km. 

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Trzy przystanki w Lublinie

Dziwnie to zabrzmi, ale bez większych problemów z przesiadką na dworcu Zachodnim w Warszawie dojechałem do Lublina. Zaopatrzywszy się w przydworcowym kiosku w mapę Lublina ruszyłem na krótki rekonesans. 
Lublin może pochwalić się sporą ilością zabytków. Mając do dyspozycji ledwie kilka godzin zdecydowałem się na odwiedzenie trzech obiektów. Biorąc pod uwagę niezłą jak na polskie warunki infrastrukturę rowerową większość wyprawy przebiegła bez większych komplikacji. 
Swój rajd po Lublinie rozpocząłem od Zamku. Monumentalny budynek robi na zwiedzających duże wrażenie. Z uwagi na fakt, że dziś poniedziałek nie wszystkie wystawą są czynne. Mnie najbardziej zależy na wejściu do baszty i to mi się udało.


Początki zamku w Lublinie sięgają XII wieku. Ten jakże piękny budynek ma swoją mroczna historię. Przez wiele lat mieściło się w nim więzienie. Wystarczy wspomnieć okres międzywojenny, II Wojnę Światową a także czasy powojenne. 
Po zwiedzeniu zamku ruszyłem w kierunku rynku. Tam w biurze informacji turystycznej podzieliłem się swoimi spostrzeżeniami dotyczącymi przebiegu dróg rowerowych w mieście. 
Z rynku skierowałem się na obrzeża miasta aby zobaczyć Muzeum Wsi Lubelskiej. 


Skansen jest podzielony na kilka sektorów. Zobaczymy w nim zabudowę z Wyżyny Lubelskiej, Roztocza, Powiśla a także Nadbuża. Jest też fragment miasteczka oraz dwór. Mnie najbardziej podobały się zwierzaki, które swobodnie przemieszczają się w obszarze Skansenu. 
Ostatnim punktem mojego pobytu w Lublinie była wizyta na terenie byłego niemieckiego obozu zagłady na Majdanku. Z uwagi na poniedziałek nie można było wejść do części baraków. Jednak to co zobaczyłem w zupełności mi wystarczyło. Miejsce przytłacza. I nie chodzi tu tylko o komory gazowe czy piece krematoryjne... Wystarczy przytoczyć dane dotyczące obozu. Przeszło przez niego około 150 tys. osób. Ponad połowa nie przeżyła...
Dzięki posiadaniu mapy opracowałem skrót przy pomocy, którego od razu wydostałem się na rogatki miasta i drogę wiodącą do Włodawy. Lekko się zdziwiłem jak zobaczyłem, iż po samym Lublinie wykręciłem 30 km. W miejscowości Łuszczów robię krótki postój na jedzenie. Przy okazji kosztuję oranżady z pobliskiej miejscowości Długie. Szybko docieram do Łęcznej a następnie Puchaczowa. tam robię większe zakupy. Daje też niewielką sumę przedstawicielowi miejscowego elementu, który pilnował Gwidona w czasie kiedy robiłem zakupy. Został mi tylko krótki odcinek w okolicach kopalni węgla kamiennego Bogdanka i docieram do miejscowości Nadrybie Wieś. To ta miejscowości będzie moją bazą wypadową przez najbliższe kilka dni. 
A jeszcze jedno. Tak z kronikarskiego obowiązku. Dziś tak w ramach rozgrzewki pokonałem 66 km. 

sobota, 15 lipca 2017

Zdegustowany wizytą w Ciechocinku

Wszystkie nawet najdłuższe wyprawy rowerowe kiedyś się kończą. To dziś przyszedł czas na ostatni etap wyprawy rowerowej. Smutno było opuszczać gościnny Podgórzyn. 
Ruszyłem w kierunku Barcina. tam skręciłem w lewo na Złotniki Kujawskie. Wśród pól z warzywami i zbożem kilometry mijały bardzo przyjemnie. W Rojewie zrobiłem sobie krótką przerwę na drobne zakupy. Dalej jechałem na Gniewkowo. Za kawałek skręcam w lewo na Przybranowo. Droga fragmentami fatalna, ale jestem coraz bliżej Aleksandrowa Kujawskiego. Mam dobry czas. Jest dopiero południe. Już wcześniej zaplanowałem sobie, że jeśli starszy mi czasu to podjadę do uzdrowiska w Ciechocinku. Początkowo droga była całkiem fajna. na sporym kawałku ładna ścieżka rowerowa. Ale to były tylko pozory. Im bliżej Ciechocinku tym było gorzej. Krytyczny moment nastąpił przed autostradą A1. Ścieżka rowerowa nagle się urwała. Trzeba było wbijać się na główną drogę. Potem znów pojawiła się ścieżka rowerowa. W końcu dojechałem do Ciechocinka. 
Pierwszy obraz fatalny. Brak porządnych oznakowań spowodował, że błądziłem po miasteczku dobre pół godziny zanim odnalazłem punkt informacji turystycznej. Tam wylałem swoje żale na kartkę papieru. Oczywiście skierowałem ją do burmistrza. Niech wreszcie weźmie się za konkretna robotę. Poprawi oznakowania i zainwestuje w infrastrukturę zwłaszcza rowerową. 
Zaopatrzony w mapkę mogłem wreszcie udać się na zwiedzanie. Zacząłem oczywiście od tężni.


Za wejście trzeba zapłacić. Jeśli chce się wejść na taras widokowy na tężni kolejna opłata. Szkoda, że nikt nie informuje, iż można kupić pakiet na wszystkie obiekty jednocześnie. 
Oczywiście pomijam fakt, że choćby z okazji Festiwalu Romów, który się obecnie odbywa w Ciechocinku jest tam mnóstwo ludzi. Aż strach pomyśleć, że mimowolnie stałem się częścią tej bezwładnej tłuszczy. 
Poza tężniami odwiedziłem jest całkiem przyjemny park, zegar kwiatowy oraz popularnego grzybka. 
Czas mijał szybko. Jeszcze tylko zapiekanka w jednej z budek i można było wracać. Nie ukrywam, że byłem mocno zniesmaczony obrazem Ciechocinka. Uzdrowisko, które chce być numerem jeden w Polsce nie może tak wyglądać. 
Sprawnie dotarłem do Aleksandrowa Kujawskiego, stąd już pociągiem wróciłem do domu. 

piątek, 14 lipca 2017

Rajd po ziemi pałuckiej

Powoli kończy się moja wyjątkowo długa wyprawa rowerowa. Dziś postanowiłem objechać sobie nieco ziemię pałucką, aby móc delektować się jej różnorodnością. 
Ruszyłem z Podgórzyna, gdzie stacjonuję w kierunku Łabiszyna. Odcinek ten już pokonywałem, tyle że w drugą stronę. Jechało się bardzo sympatycznie gdyż nie wiało tak jak wczoraj. W Łabiszynie zrobiłem sobie rundę po mieście i ruszyłem w kierunku Szubina. Tam również pokręciłem się po tym niewielkim miasteczku. Zatrzymałem się także w Muzeum Ziemi Szubińskiej. Pani kustosz oprowadziła mnie po obiekcie. Mamy tam kilka mniejszych i większych sal wystawowych. Mnie najbardziej podobały się te o znanym i nieznanym Szubinie a także wystawa zdjęć wykonanych przez miejscowego mistrza fotografii Jakuba Szubertowskiego. 
Z Szubina niespiesznie ruszyłem w kierunku Kcyni. Stamtąd pojechałem do miejscowości Gołańcz. Chciałem zobaczyć jak wygląda miejscowy zamek. Po krótkim błądzeniu udało mi się tam trafić. Obiekt niestety nie jest zagospodarowany, ale na szczęście ogrodzony co zapobiega dewastacjom.


Mając bardzo dobry czas ruszyłem jeszcze w kierunku miejscowości Margonin. Dopiero stamtąd skierowałem się na Wągrowiec. Ten odcinek pokonywałem w ubiegłym roku jadąc z Chodzieży do Gniezna. Na sporym kawałku prowadzi ładną ścieżką rowerową. Sprawnie dotarłem do Wągrowca. Wbrew obawom bez większych problemów udało mi się wydostać na drogę prowadzącą do Janowca Wielkopolskiego. Lokalna droga o znikomym ruchu to jest to co lubię. W Rąbczynie na 126 km w Maranto Bistro robię przerwę na obiad. Ku mojemu zaskoczeniu było nie tylko smacznie ale i tanio. A skoro już o Rąbczynie mowa to warto wspomnieć, że miejscowa gorzelnia produkuje spirytus. 
Po obiedzie nie chce mi się dalej jechać, ale trzeba. Zbliżam się do Janowca Wielkopolskiego. W Włoszanowie chciałem zastosować skrót i zaoszczędzić kilka kilometrów. Jednak ze względu na brak oznakować nie uda mi się go odnaleźć i muszę zajechać do janowca Wielkopolskiego. Stamtąd już prosto do Żnina. Tuż za Cerekwica dołączył do mnie miejscowy cyklista. Ucięliśmy sobie miłą pogawędkę jadąc zacnym tempem. Okazało się, że pan kiedyś trenował kolarstwo. Co było widać bo noga dobrze mu podawała. 
W Żninie odwiedzam jeszcze miejscowym Oddział PTTK, gdzie odbieram Pałucką Odznakę Krajoznawczą w stopniu brązowym. Na chwilę zatrzymuje się nad Jeziorem Żnińskim Małym.


Dziś startują tam Mistrzostwa Polski w narciarstwie wodnym. Przyglądam się treningowymi zawodników. Po chwili ruszam w kierunku Podgórzyna. Na miejscu dokręcam jeszcze brakujący dystans tak aby zamknąć się w okrągłym 168 km. 

czwartek, 13 lipca 2017

Różnorodne smaki ziemi pałuckiej

Nawałnica jaka nad ranem przeszła w okolicach Żnina odstraszała od wychodzenia z domu. Nie mówiąc już o wyprawie rowerowej. Jednak program czwartkowej wyprawy miałem na tyle bogaty, że nie sposób było z niej rezygnować. W końcu bardzo silnie wiejący wiatr nie mógł mi przeszkodzić w realizacji planów.
Wyjątkowo późno ruszyłem w kierunku Wenecji. Tam czekała mnie pierwsza atrakcja na mojej trasie a mianowicie Muzeum Kolejki Wąskotorowej. Ostatni raz byłem tam kilkanaście lat temu. Miejsce to zmieniło się do poznania. Oprócz stałej ekspozycji powstał budynek główny Muzeum, w którym umieszczona jest m.in. poczekalnia. Nie ma co owijać w bawełnę. Każdy miłośnik kolei po prostu musi to miejsce odwiedzić. Dość powiedzieć, że jest to jeden z największych w Europie obiektów tego typu. Oprócz mnogości różnych parowozów czy wagoników mamy budkę dróżnika, torowiska. Całość psuje nieco kolejkowy plac zabaw dla dzieci. Rozumiem jednak, że najmłodsi tez muszą mieć w tym miejscu coś dla siebie.


Tuż obok znajdują się ruiny Zamku Diabła Weneckiego. Swą nazwę obiekt zawdzięcza Mikołajowi Nałęczowi, który jako sędzia kaliski słynął z surowych sądów. 
Po drodze do Biskupina mijam skład Żnińskiej Kolei Powiatowej jednej z największych atrakcji turystycznych Pałuk. 
Biskupin - chyba nie ma nikogo kto nie zetknąłby się z tym miejscem. Wszak to jedno z obowiązkowych miejsc, które odwiedza się podczas szkolnych wycieczek. W Biskupinie można przenieść się w czasy Starej Baśni Kraszewskiego. Ot stoi tam choćby Zagroda Wisza z ekranizacji tejże powieści. Jest Chata Pałucka, ukryta wśród drzew osada mezolityczna. Nie sposób przejść obojętnie obok Osady Łużyckiej, która zna na pewno każdy choćby z książek od historii. Z zadumy wyrywa mnie jedna ze zwiedzających, która tłumaczy dziecku, że kiedyś tak mieszkali jaskiniowcy. Boże broń nas od takich nauczycieli historii. 
Skansen w Biskupinie nie stoi w miejscu. Wciąż się rozwija. Świadczy o tym choćby Wioska Wczesnopiastowska, gdzie możemy naocznie przekonać się jak funkcjonowała wioska w tamtych odległych czasach. 
Z Biskupina ruszam do Gąsawy, gdzie robię krótki postój na żurek. W drodze do Rogowa mijam pomnik Leszka Białego zamordowanego w Marcinkowie Górnym przez Pomorzan. Odwiedzam również pałac w Grochowiskach Szlacheckich. 
Wjeżdżam do miejscowości Rogowo. Jadę w kierunku Parku Dinozaurów. Wioska się kończy a tu nic nie ma. Dojeżdżam do DK 5. W przydrożnym barze pytam o dinozaury. Okazuje się, że jestem już całkiem blisko. 
Zaurolandia to drugi w ciągu kilku dni park dinozaurów, który odwiedzam. Jakoś specjalnie na kolana mnie nie powalił, ale odwiedzić można. 


To w sumie byłoby na tyle atrakcji na dzień dzisiejszy. Czy aby na pewno? Nie. W drodze do Janowca Wielkopolskiego zahaczam o Rzym!


Dojeżdżam do Janowca Wielkopolskiego. Lokalnymi drogami o bardzo dobrej nawierzchni docieram do Żnina. Odwiedzam Basztę, w której mieści się Muzeum Ziemi Pałuckiej. Do tego miejsca przymierzałem się już od kilku dni. W końcu się udało. 


Robię jeszcze krótką rundkę po mieście i wracam na miejsce noclegowe. 

środa, 12 lipca 2017

U Popiela z Mysiej Wieży

Zgodnie z przyjętym dużo wcześniej planem na środę zaplanowałem sobie zwiedzanie Inowrocławia oraz Kruszwicy. Ta ostatnia była miejscem docelowym środowej wyprawy. 
Pogoda zachęcała do rowerowej wyprawy, choć jak dla mnie była nieco za ciepło. Ruszyłem wyznaczoną trasą na Barcin. Ta niewielka miejscowość zaskoczyła mnie bardzo dobrze rozwiniętą siecią dróg rowerowych. Aż do granic gminy mogłem śmigać ścieżkami rowerowymi unikając w ten sposób uciążliwego towarzystwa tirów. W miejscowości Pakość odwiedziłem punkt informacji turystycznej. Tam otrzymałem bardzo ciekawy przewodnik. Nim się obejrzałem byłem już w Inowrocławiu. Bardzo dobre oznakowania sprawiły, że bez żadnych problemów trafiłem do Parku Solankowego. Bez wątpienia jest to cudowna wizytówka Inowrocławia. Mieniący się różnymi kolorami park a do tego monumentalna tężnia. Nic tylko wypoczywać. 


Szkoda było opuszczać to cudowne miejsce. Ale lodów z uzdrowiskowej lodziarni nie mogłem sobie odmówić. Przy wyjeździe z miasta ze względu na bardzo duży ruch miałem trochę kłopotów. Ostatecznie udało się wydostać z Inowrocławia i skręcić na Kruszwicę. To niewielkie miasto większości osób kojarzy się z dwoma rzeczami: zakładami tłuszczowymi i Mysią Wieżą. Wszak kto z Was nie słyszał legendy o złym Popielu, którego zjadły myszy? Kierując się w stronę wieży, która została wzniesiona dopiero w czasach Kazimierza Wielkiego napotykamy nie tylko na drewniane rzeźby myszy ale również choćby postać Piasta Kołodzieja. Z kruszwickiej Wieży rozciąga się piękny widok na Jezioro Gopło.


Po krótkim odpoczynku na posiłek i pisanie tekstu ruszam jeszcze w kierunku Strzelna. Po co mnie tam poniosło? Zależało mi na objechaniu Jeziora Pakoskiego. Nie uśmiechało mi się jechać ruchliwą DK 62, więc pojechałem dookoła bocznymi drogami przez Sukowy. W Strzelinie odbiłem na Pakość. W Trlęgu na setnym kilometrze obowiązkowo przerwa na uzupełnienie płynów. 
Niestety powoli na niebie zbierają się szare chmury. Ruszam więc prędko na Pakość i dalej na Barcin. Na 128 km zaczyna delikatnie kropić. Wytrzyma czy nie? Do celu mam ledwie kilkanaście kilometrów. Robi się chłodniej więc pięć kilometrów dalej zakładam długi rękaw. Dojeżdżam do Żnina. Zatrzymuje się w sklepie na drobne zakupy. Zaczyna delikatnie padać. Panowie spod sklepu pytają ile mi jeszcze zostało do celu. Mówię, że właściwie to jestem już na miejscu. Do Podgórzyna to w końcu tylko przysłowiowy rzut beretem. Na kilometr przed metą zaczyna intensywnie padać. Ale to już nie ma znaczenia. Meta tuż, tuż i 145 km pokonane.