środa, 20 września 2017

Urodzinowo w Maurzycach i Lipcach Reymontowskich

Tradycja ostatnich lat jest organizowanie przeze mnie w okolicach urodzin wypraw rowerowych. W tym roku wycieczka ma charakter trzydniowy. Dziś ostatni etap podróżowania po centrum Polski. 
Zwiedzanie rozpocząłem od Muzeum w Łowiczu. Obiekt położony jest przy Starym Rynku. Zanim się tam udałem przeszedłem tzw. łowicką aleją gwiazd. Fajny pomysł na docenienie lokalnych twórców. Muzeum w Łowiczu ma do zaoferowania bogate zbiory. Dodatkowo obecnie można zwiedzić choćby wystawę obrazów "Koń w malarstwie polskim". Będąc w Muzeum warto zajrzeć również do malutkiego skansenu położonego przy placówce. 
Z Łowicza ruchliwą DK 92 docieram do pierwszego w świecie spawanego mostu drogowego. Obiekt znajduje się przy głównej drodze w Maurzycach. 
Po obejrzeniu mostu skręcam w kierunku Skansenu w Maurzycach. Obiekt prezentuje kilkadziesiąt obiektów z dawnego Księstwa Łowickiego. Osobiście szczególnie przypadły mi do gustu chaty malowane kolorem ultramaryna. 


Na terenie Skansenu znajduje się karczma gdzie kosztuję pysznych pierogów. Przy okazji częstuję cukierkami córkę pani, która pracuje w karczmie. 
Po lekcji regionalnej etnografii bocznymi drogami ruszam w kierunku Łyszkowic. Trochę kropi, ale niezbyt intensywnie więc nie był tragedii. Sprawnie dotarłem do Łyszkowic, skąd skierowałem się do Lipiec Reymontowskich. Zaczyna nieco mocniej padać. Po dotarciu do przejazdu kolejowego w Lipcach skręcam w lewo. Jadę do budynku, w którym kiedyś mieszkał Władysław Reymont. 
Zrobię zdjęcie i wracam z powrotem. Po drodze mijam miejscowe Muzeum Czynu Zbrojnego. Niestety nie mam zbyt dużo czasu, więc odpuszczam i kieruję się do Muzeum Regionalnego w Lipcach Reymontowskich. W Muzeum znajdziemy nie tylko mnóstwo eksponatów związanych z lokalną historią. Nie brakuje rzecz jasna wystaw związanych z noblistą Władysława Reymonta. Z okazji 150. rocznicy naszego noblisty otwarto dodatkową wystawę.


Po zwiedzeniu Muzeum ruszam do Skierniewic. Można powiedzieć, że zaczynam wyścig z czasem, aby zdążyć na pociąg, który odjeżdża ze Skierniewic o 17:06. Mam niby godzinę i 20 minut, więc czasu wystarczająco. Warunki pogodowe znacznie się pogorszyły co wpływa na jazdę. Po dotarciu do Skierniewic jadę na tzw. azymut stosując jedynie znane mi skróty. O 16:55 wpadam na dworzec. Zakupuję bilet. Czeka mnie jeszcze tylko taszczenie Gwidona po schodach. Na peron wjeżdża pociąg. Można powiedzieć, że zdążyłem rzutem na taśmę. 

wtorek, 19 września 2017

Moc atrakcji w centrum Polski

Osoby, które twierdzą, że w centralnej Polsce nie ma ciekawych miejsc do zwiedzani są albo pijane, po narkotykach lub zwyczajnie nie wiedzą co mówią. Obszar centralnej Polski oferuje całą gamę turystycznych atrakcji, z których można czerpać całymi garściami. 
Dzisiejsze zwiedzanie rozpocząłem od Muzeum Regionalnego w Kutnie. Obiekt usytuowany jest przy placu Marszałka Piłsudskiego. Muzeum może nie ma zbyt wielu eksponatów, ale warto je odwiedzić aby zobaczyć mały wycinek choćby pracy miejscowych rzeźbiarzy. Kierując się w stronę Łęczycy, jeszcze samym Kutnie obowiązkowo trzeba zawitać do Parku Wiosny Ludów, gdzie znajduje się Muzeum Bitwy nad Bzurą. 
Po dawce zwiedzania w Kutnie ruszyłem krajową DK 60 w stronę Łęczycy. Pogoda dziś była wymarzona, więc jechało się bardzo przyjemnie. W samej Łęczycy obowiązkowo trzeba odwiedzić zamek, będący siedzibą Muzeum. Łęczycka warownia została wzniesiona w czasach Kazimierza Wielkiego. Warto też dodać, że po grunwaldzkiej wiktorii część jeńców krzyżackich była przetrzymywana właśnie na zamku w Łęczycy.


Skoro już jesteśmy przy zamku w Łęczycy to trudno nie wspomnieć o Borucie. Wszak ów diabeł jest nierozerwanie związany w tym miejscem. 
Przy okazji zwiedzania zamku pomagam jednej młodej studentce wypełniając ankietę dotyczącą atrakcji turystycznych w Łęczycy. 
Z Łęczycy śmignąłem w kierunku Tumu. Po drodze zatrzymałem się w miejscowości Kwiatkówek. Tam znajduje się otwarty zaledwie kilka lat temu Skansen. Ja o jego istnieniu dowiedziałem się dopiero dziś na zamku w Łęczycy. Obowiązkowo musiałem więc odwiedzić to miejsce. Łęczycka Zagroda Chłopska bo o niej mowa może nie jest olbrzymich rozmiarów, ale warto tam zajrzeć choćby dla wiatraka, który po renowacji działa. 


Ze Skansenu już tylko przysłowiowy rzut beretem do Tumu. Co prawda dowiedziałem się, że we wtorki jest zamknięta dla zwiedzających ale to nic. Wszak nawet z zewnątrz tumska Archikolegiata robi imponujące wrażenie. To w końcu jeden z najpiękniejszych obiektów stylu romańskiego w Polsce. Na miejscu okazuje się, że mam szczęście. Ekipa TVN kręci akurat materiał o Tumie, więc przy okazji mogę zobaczyć Kolegiatę również od środka. 
Z Tumu przez Górę Świętej Małgorzaty docieram do miejscowości Piątek. To tam znajduje się Geometryczny Środek Polski. Miejscy Urząd Gminy jest już zamknięty, ale dzięki uprzejmości pani sprzątaczki otrzymuję pamiątkowy certyfikat poświadczający, że byłem w tym miejscu. Zatrzymuje się przy samym pomniku środka Polski. Szukam ktoś kto zrobiłby mi zdjęcie. Niedaleko na ławeczce jest czterech żywo rozprawiających autochtonów. Podchodzę i pytam czy któryś z nich zrobi mi zdjęcie przy pomniku. Miejscowi ze swojego kwartetu wybrali przedstawiciela, który miał wcielić się w rolę fotografa. Jegomość choć już mocno nadwyrężony trudami dyskusji nie tylko zrobił mi zdjęcie ale również opowiedział nieco o samej miejscowości. 


Z Piątku śmigam do kolejnego obiektu, który znalazł się dziś na mojej liście do odwiedzenia. To pałac i stadnina koni w Walewicach. Sam pałac Marii Walewskiej zobaczyłem tylko z zewnątrz, ale to nic. Więcej uwagi mogłem poświęcić na podziwianie hodowanych w Walewicach koni półkrwi angloarabskiej. Z Walewic już bliziutko do Soboty. Tam znajduje się pałacyk zwany również zameczkiem. Co prawda jest on własności prywatną, ale można go zobaczyć oczywiście jedynie z zewnątrz. Po tak intensywnym dniu z Soboty bocznymi drogami docieram do Maurzyc, gdzie jutro odwiedzę Skansen. Z Maurzyc ruchliwą DK 92 docieram do Łowicza, który stanowi moją dzisiejszą bazę noclegową. Z kronikarskiego obowiązku dodaję, że pokonałem dziś 98 km. 

poniedziałek, 18 września 2017

Na szybko: Nieborów, Arkadia i Oporów

Nadszedł wreszcie czas na realizację ostatniej wyprawy z mojej listy na rok bieżący. Co trzeba dodać wyprawy, która jest spadkową z roku 2016. 
Plan na dziś był prosty. Wysiadam na dworcu w Skierniewicach. Śmigam do Bolimowa, stamtąd do Nieborowa i Arkadii. Następnie przez Łowicz i kilka pomniejszych miejscowości dojazd do Oporowa. A na koniec dojazd do Kutna. 
Początkowo wszystko szło zgodnie z planem. W Skierniewicach obyło się bez zbędnego błądzenia. Na rogatkach miasta przywitała mnie ścieżka rowerowa, która ciągnęła się do samego Bolimowa. Nie ma co ukrywać to była czysta przyjemność. W Bolimowie skręcam w lewo na Nieborów. Sprawnie docieram do tego miejsca, choć niepokoi mnie nieco wzmagający się wiatr. W Nieborowie wjeżdżam Gwidonem na pałacowy dziedziniec. Docieram pod budynek. Tam wyskoczył do mnie pan z ochrony, że nie wolno jeździć po parku rowerem. Hm? Przed wjazdem trudno szukać informacji o zakazie jazdy rowerem. Aby nie zaogniać sytuacji wróciłem się i zostawiłem Gwidona tuż za bramą przy ustawionych niezbyt fortunnie stojakach. Oczywiście sprawy tak nie zostawiłem i zgłosiłem odpowiednią skargę do władz Muzeum. 
Ale dość już o tym. Sam pałac jak i barokowy park godne są polecenia. Sam pałac miał wielu właścicieli ze znamienitych rodów. Wystarczy wymienić choćby ostatnich czy Radziwiłłów. Cieszyć może fakt, że ostatni przedwojenny właściciel potrafił porozumieć się z dyrektorem Muzeum Narodowego w Warszawie. Dzięki temu Nieborów stał się nie tylko Oddziałem tegoż Muzeum jak również uniknął niszczycielskiej ręki żołnierzy radzieckich. 


Z Nieborowa jadę w kierunku Łowicza. Przy głównej drodze znajduje się jedno z moich ulubionych miejsc - Park Romantyczny w Arkadii. Dziś poniedziałek a więc wstęp bezpłatny. Tyle co doszedłem do Świątyni Diany a wyskakuje do mnie drugi już dziś pan z ochrony, że mam kierować się do wyjścia. Jaki zciśnieniowany myślę sobie. Niby dlaczego dopytuję początkowo grzecznie. Odpowiedź, że jest silny wiatr i mogą lecieć gałęzie w żaden sposób mnie nie przekonała. Musiałem zrobić zdjęcia kilku najciekawszych miejsc Parku Romantycznego. W końcu być w Arkadii i nie zrobić zdjęcia akweduktowi? Toż to było by nie do pomyślenia. 


Niestety zamiast długiego spaceru, któremu miało towarzyszyć delektowanie się pięknem tego miejsca wyszedł sprint. Oczywiście byłem zły i to bardzo. Ale cóż zrobić. Jeśli będę jeszcze kiedyś w tych rejonach muszę to wrócić po raz kolejny. Po króciutkiej wizycie w parku przy bramie mówię do drugiego pana z ochrony, chyba tego ważniejszego aby powiedział koledze by ten nie był taki nerwowy. Jeszcze tylko rzut okiem na park przerwa na jedzenie w miejscowym spożywczaku i dalej w drogę. W Łowiczu zatrzymałem się na chwilę w miejscu, gdzie będę nocował jutro. I śmigam w kierunku miejscowości Kiernozia. Nie ma co ukrywać żarty się skończyły. Wiało niesamowicie mocno. Myślałem, że mi głowę urwie. Kolejne kilometry mijały bardzo mozolnie. W końcu docieram do Kiernozi, z której kieruję się na Luszyn. Tam robię kolejną przerwę. Okazuje się, że mam tylko nieco ponad godzinę na dotarcie do Oporowa. A tu do samego Żychlina jest 10 km. W normalnych warunkach to niecałe pół godziny i byłbym na miejscu. Ale nie dziś. Mimo silnego wiatru staram się jechać najszybciej jak mogę. Moje wysiłki chyba zostały nagrodzone bo wiatr nieco ustał. Z Żychlina jeszcze tylko parę kilometrów i jestem w Oporowie. Przy wjeździe na teren zamku czytam, że kasa czynna do 15:30. Jakby nie patrzeć spóźniłem się o pięć minut. Wchodzę do zamku i napotykam trzeciego już dziś pana z ochrony. Ten na szczęście okazał się na tyle wyrozumiały, że w porozumieniu z panią z biura umożliwił mi zwiedzanie. 
Trzeba przyznać, że zamek jest bardzo dobrze utrzymany. Warownia otoczona jest fosą. Sam zamek został wzniesiony przez arcybiskupa Władysław Oporowskiego. Ostatnimi przedwojennymi właścicielami byli Karscy, którzy obecnie chcą odzyskać zamek. Póki co zamek jest własnością Starostwa Powiatowego w Kutnie, które trzeba przyznać dba o obiekt.


Z Oporowa mam do pokonania jeszcze kilkanaście kilometrów i melduje się w Kutnie. W bazie noclegowej okazuje się, że przejechałem 94 km. Niezłe jak na dzisiejsze warunki pogodowe. 

niedziela, 10 września 2017

Ewina 2017 - w 73. rocznicę bitwy partyzanckiej

Druga niedziela września to w ostatnich latach obowiązkowa wyprawa rowerowa w okolice wsi Ewina, gdzie 12 września 1944 roku partyzanci spod znaku Armii Ludowej stoczyli walkę z siłami niemieckimi. Co roku organizowane są tam uroczystości upamiętniające tę potyczkę. 
Wraz w ponad 20-osobową grupą miłośników jednośladów spod fontanny na Placu 3 maja ruszyliśmy w kierunku ścieżki rowerowej na ul. Tysiąclecia. Stamtąd pomknęliśmy w kierunku Suchej Wsi. Tam czekał Nas spory odcinek leśnych duktów. Pogoda była tradycyjnie ładna więc jechało się bardzo sympatycznie. 
Po dotarciu do drogi asfaltowej w Ojrzeniu skierowaliśmy się w kierunku Gidel a następnie Ewiny. W ostatnich latach znacznie poprawił się stan nawierzchni do Ewiny stąd podróż nie jest już tak uciążliwa jak to bywało jeszcze kilka lat temu.


Po około dwóch godzinach spacerowej jazdy dojechaliśmy na miejsce uroczystości. Obok naszej ekipy byli również cykliści z Przyrowa i Częstochowy. 
Z Ewiny wracaliśmy małymi grupkami. Ja z uwagi na obowiązki zawodowe bezpośrednio z uroczystości śmigałem do pracy.  

wtorek, 5 września 2017

Deszczowy tour po ziemi sieradzkiej

Wiatr, który towarzyszył mi podczas wczorajszego etapu to nic w porównaniu z tym co czekało mnie dzisiaj. Wtorkowy poranek przywitaj mnie padającym deszczem. Aż nie chciało się ruszać z przytulnego pokoju w Zielonych Tarasach w Uniejowie. Chcąc nie chcąc przed 8:00 wyruszyłem w drogę powrotną do Radomska. Nie minęły dwa, trzy kilometry a już byłem cały mokry. Na szczęście wkrótce deszcz na trochę ustał a i wiatr nie dokuczał mi za bardzo. Śliska nawierzchnia sprawiała, że jechałem bardzo wolno. Jechałem lokalnymi drogami przez Spycimierz w kierunku miejscowości Warta. Co jakiś czas nieprzyjemnie mżyło. 
Pierwszy przystanek zrobiłem sobie w miejscowości Warta. Tam odwiedziłem miejscowe Muzeum. Po krótkiej przerwie ruszyłem w kierunku Sieradza. Plan zwiedzania byłego miasta wojewódzkiego był bardzo interesujący. Na pierwszy rzut poszedł Oddział Terenowy Sieradzkich Parków Krajobrazowych. Tam okazało się, że pracuje tam Krzysztof, z którym byliśmy w lipcu na szkoleniu we Wdzydzach Kiszewskich. Zaopatrzony w pokaźna ilość map oraz materiałów promujących parki krajobrazowe województwa łódzkiego udałem się na zwiedzanie Muzeum Okręgowego w Sieradzu. Placówka w tym roku obchodzi 80 lat istnienia. Jako, że dziś wtorek mogłem zwiedzić muzealne zbiory za darmo. Z sieradzkiego rynku ruszyłem w kierunku Wzgórza Zamkowego oraz Sieradzkiego Parku Etnograficznego. Przez chwilę wydawało mi się, że ze zwiedzania nic nie będzie. Ostatecznie po wykonaniu telefonu udało mi się dostać na teren Skansenu. Obiekt może nie ma pokaźnej ilości budynków, ale te które są na pewno zadowolą wytrawnych turystów.


Najcenniejszym obiektem bez wątpienia jest zagroda z przełomu XIX i XX wieku. Po krótkiej wyprawie w przeszłość wracam na sieradzki rynek. Tam zatrzymuje się przy pomniku Antoniego Cierplikowskiego. Każdy kto interesuje się fryzjerstwem zna tę postać. 


Urodzony w Sieradzu Antoni Cierplikowski jako fryzjer zyskał światową sławę. To on wylansował modę na krótkie włosy. Czesał wiele znanych artystek swoich czasów. 
Przy wyjeździe z Sieradza znów zaczyna intensywnie padać. Kieruje się na Złoczew. W planach mam bowiem jeszcze perełkę ziemi sieradzkiej miejscowość Tumidaj. 


Przemoczony zatrzymuje się w miejscowym zajeździe gdzie rozgrzewam się gorącą herbatą i posilam się pysznym plackiem po węgiersku. Skoro już przy Tumidaju jesteśmy to wszelkie skojarzenia są dozwolone. To tam miał spotykać się Napoleon Bonaparte z panią Walewską. Oczywiście nie było to w obecnym zajeździe, ale tuż obok. Dawna karczma stoi do dziś. Obecnie jest budynkiem mieszkalnym wpisanym na listę obiektów zabytkowych. 
Robi się późno. Śmigam przez miejscowość Próbę i Zapole. Tam zatrzymuje się w miejscowym sklepie Agatka. Pytam sympatyczna panią Martę czy na Burzenin dobrze jadę. Okazało się, że przejechałem newralgiczny skręt w lewo. Wyciągam mapę i faktycznie muszę się nieco cofnąć, aby nie nadrabiać za dużo kilometrów. 
Nie zważając na ciężkie warunki pogodowe bocznymi drogami dojeżdżam do Burzenina. Stamtąd śmigam do Widawy. Podkręcam nieco tempo jazdy. Z Widawy ruszam na Szczerców i dalej na Nową Brzeźnicę. W Strzelcach Wielkich robię jeszcze krótki przystanek w miejscowym sklepie. Robi się już szarówka. Zakładam kamizelkę odblaskową i zasuwam dalej. W Nowej Brzeźnicy skręcam w lewo na Radomsko. Jestem już na ostatniej prostej do domu. Na mecie okazuje się, że przejechałem w arcytrudnych warunkach 163 km. 

poniedziałek, 4 września 2017

Krótka wizyta na zamku w Uniejowie

Ołowiane chmury i lekko padający deszcze nie zachęcał do wychodzenia z domu. Nie mówiąc już o długiej wyprawie rowerowej. Dla prawdziwego miłośnika wypraw rowerowych to żaden problem. 
Ruszyłem w kierunku Nowej Brzeźnicy. Ta droga wydawała się być optymalną. W Nowej Brzeźnicy skręcam w prawo w drogę wojewódzką wiodącą do Łasku. Za Strzelcami Wielkimi nieco się rozjaśniło. Pojawił się suchy asfalt. Kilometry leniwie przesuwały się na rowerowym liczniku. Po drodze mijam kopalnię węgla brunatnego na tzw. odkrywce Szczerców. Powoli jadę do Łasku. Tam dzięki pomocy przypadkowego przechodnia bez kłopotów wyjeżdżam na drogę wiodącą w kierunku Koła. Około południa docieram do miejscowości Szadek. Na rogatkach tego malutkiego miasteczka licznik wskazuje 100 km. Ku mojemu niezadowoleniu wzmaga się wiatr. Nie ma co ukrywać jedzie się koszmarnie. Wyjścia jednak nie ma. Trzeba mozolnie pokonywać kolejne kilometry. A z Szadku zostało ich niecałe 40. 
Jadąc cały czas z wiatrem wiejącym w twarz docieram do Uniejowa. Na rondzie skręcam w lewo w kierunku zamku, który jest głównym celem dzisiejszego etapu.


Uniejowska warownia robi spore wrażenie. Szkoda, że została przerobiona na hotel. I o zgrozo część zamkowego wyposażenia za zgodą konserwatora zabytków została wyrzucona. Dla przeciętnego turysty dostępny jest tylko taras widokowy. Ale dobre i tyle. 
Po krótkiej wizycie na zamku melduje się w miejscu noclegowym. Licznik pokazuje 139 km. Czas mam rewelacyjny. Trzeba więc coś zjeść a w ramach odnowy biologicznej skorzystać w oferty miejscowych term. 

środa, 30 sierpnia 2017

Podjazdowy tour z Bodzentyna do Radomska

Plan na środę był dość prosty. Wrócić z Bodzentyna do Radomska. Wiadomo było, że etap będzie usłany licznymi podjazdami. Z Bodzentyna ruszyłem na Suchedniów. Już na początku przywitały mnie pierwsze pagórki. Po przejechaniu niespełna 10 km docieram do Michniowa gdzie znajduje się Mauzoleum Martyrologii Wsi Polskich. Pora dość wczesna, więc wszystko było zamknięte. Nie mniej jednak trzeba to miejsce zapamiętać i wpisać na listę obiektów, które trzeba zobaczyć. W Suchedniowie skręcam w lewo. Przebijam się nad S7. Zaczyna się leśny odcinek etapu. Najpierw droga jest piękna asfaltowa ale wkrótce zaczyna się szutrowy dukt. Z pewnym momencie na rozwidleniu dróg mocno się głowiłem jak jechać. Na szczęście pojawił się samochód, którego kierowca wskazał mi właściwy kierunek. Po przejechaniu sporego odcinka znów zaczął się asfalt. A to oznaczało tylko jedno. Zbliżamy się do cywilizacji. Jadę jeszcze spory kawałek i w końcu docieram do Bliżyna. Tam skręcam w lewo w DK 42. Teraz już prosto do domu. Przed Odrowążem czekał na mnie ostry podjazd. Mijam Stąporków i dość sprawnie dotarłem do Końskich. Przy miejscowym zespole pałacowo-parkowym robię przerwę. Przy okazji wykonuję dwa ważne telefony.


Z Końskich śmigam do Rudy Malenieckiej. Po przejechaniu DK 74 znów zaczynają się liczne podjazdy, które będą mi towarzyszyć aż do samego Przedborza. Po drodze w Czermnie gdzie kiedyś grała drużyna HEKO w miejscowym spożywczaku kupuję oranżadę z krasnalem. Kolejny przystanek robię w Przedborzu. Tam ucinam sobie panel dyskusyjny o lokalnej piłce nożnej z sympatycznym panem Arkiem. 
Za Przedborzem robię jeszcze krótki postój za Rzejowicami. Potem już prosto do domu. Na mecie licznik wskazuje 137 km.

wtorek, 29 sierpnia 2017

Świętokrzyski tunel czasu

Nikogo nie trzeba przekonywać, że województwo świętokrzyskie ma do zaoferowania mnóstwo ciekawych miejsc. Dziś przyszedł czas na odwiedzenie kilku z nich. 
Mając świadomość, że zaplanowany na dziś dystans nie był zbyt długi toteż z Bałtowa wyjechałem dość późno. Pierwszy przystanek nastąpił już po niespełna 10 km. Wszak trudno odmówić sobie wizyty w Krzemionkach Opatowskich. Trasa turystyczna, którą oferuje kompleks w Krzemionkach liczy około 1,5 km. Najciekawsza jest oczywiście część podziemna gdzie naocznie można przekonać się jak ciężkie warunki panowały przy wydobywaniu krzemienia pasiastego. 
Będąc w Krzemionkach obowiązkowo trzeba też odwiedzić zrekonstruowaną wioskę neolityczną. 
Z Krzemionek ruszam remontowana drogą do Ostrowca Świętokrzyskiego. Przejazd przez to miasto nie należy do przyjemnych. Marne oznakowanie dróg a do tego fatalne ścieżki rowerowe jednoznacznie świadczą o tym, że miasto kompletnie nie stawia na jednoślady. 
Koniec, końcu udało mi się z tego Ostrowca wydostać. Trasą usłaną licznymi podjazdami jechałem i kierunku Nowej Słupi. Pokonując kolejne kilometry mogłem delektować się piękną panoramą Gór Świętokrzyskich. 
Drugim punktem dzisiejszego etapu była Nowa Słupia. Tam odwiedziłem Muzeum Starożytnego Hutnictwa a następnie Centrum Kulturowo-Archeologiczne. Na terenie drugiego obiektu można podziwiać m.in. chaty z czasów Imperium Rzymskiego czy stanowiska dymarskie, kopalnię żelaza czy fragment Wału Hadriana.


Z Nowej Słupi jest zaledwie kilkanaście kilometrów do Bodzentyna. Trasa oczywiście jak to u podnóża Gór Świętokrzyskich pagórkowata. W samym Bodzentynie na pierwszy ogień idzie Zagroda Czernikiewiczów. W skład zagrody wchodzą: budynki mieszkalne, z których najstarszy pochodzi z 1809 roku, pomieszczenia gospodarcze oraz niewielka wozownia. Warto zaznaczyć, że to najstarszy tego typu obiekt na Kielecczyźnie. 
Jadąc nieco pod górkę docieram do ruin zamku w Bodzentynie. Niegdyś był on rezydencją biskupów krakowskich. Podobno są plany aby dokonać rekonstrukcji tego gotyckiego zamku. 


Po sowitej dawce atrakcji turystycznych przyszedł czas na odpoczynek. Jutro czeka mnie długi etap, na którym atrakcji turystycznych może nie będzie. Będą za to liczne podjazdy. 

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Bałtów to nie tylko dinozaury

Końcówka wakacji to rewelacyjny czas na organizację wyprawy rowerowej. Popularne miejscowości turystyczne powoli zamierają. Można więc na spokojnie wszystko sobie obejrzeć. Dziś przyszedł czas na wyprawę do Bałtowa, do której przymierzałem się już od jakiegoś czasu. 
Biorąc pod uwagę liczbę kilometrów, która trzeba było pokonać wyjechałem już o 5:00 rano. Tradycyjnie pierwsze kilometry mijały dość wolno. Wiadomo organizm musiał wejść na właściwe tory. Pierwszy odcinek trasy był mi doskonale znany. W końcu nie pierwszy raz jechałem w kierunku Końskich. W Przedborzu obowiązkowo krótka przerwa na zakupy w sklepie państwa Nowaków. Za Przedborzem zaczynają się pagórki. Na niektórych odcinkach można się zmęczyć. Skąd na parkingu w Rudzie Malenieckiej obowiązkowa przerwa na drugie śniadanie. 
Jadąc w niezłym tempie szybko dotarłem do Końskich. Stamtąd cały czas DK 42 na Skarżysko-Kamienną. Na tym odcinku też nie brakuje podjazdów. Przy wjeździe do Skarżyska-Kamiennej zawsze mam obawy przy przejeżdżaniu pod S7. Usłanym pagórkami terenem dojeżdżam do słynnej miejscowości Wąchock. Stamtąd już tylko rzut beretem i jestem w Starachowicach. W miejscowości Rudnik kończy się DK 42. Skręcam w prawo w DK 9. Nie lubię tamtędy jeździć ze względu na duży ruch, ale specjalnego wyboru nie mam. Na szczęście odcinek, który muszę pokonać nie jest zbyt długi. Szybkie odbicie na Boksycką i nieco z boku wjeżdżam do Ostrowca Świętokrzyskiego. Tam przez przypadek poznanej młodego rowerzystę Michała, który znanymi sobie skrótami wyprowadza mnie na drogę do Bałtowa. Przy okazji podziękowania za pomoc. Droga na Bałtów z uwagi na remont teoretycznie jest zamknięta, ale i tak każdy tamtędy jeździ. To ja też jadę. Jeszcze tylko niewielki kawałek i jestem już w Bałtowie. Tam przy pomocy właściciela odszukuję Gospodarstwo Agroturystyczne Panorama, do którego jedzie się pięknym wąwozem. Na miejscu zostawiam rzeczy i ruszam na zwiedzanie. 
Ostatni raz w JuraParku w Bałtowie byłem kilka lat temu. Miejsce mocno się zmieniło. Oczywiście główną atrakcją dla najmłodszych są dinozaury, ale nie tylko. Bałtowski Kompleks Turystyczny to mnóstwo innych atrakcji. Wśród nich można wymienić choćby Sabatówkę czy Wioskę Czarownic. 


Tam przy kawie i ciastku robię przerwę po emocjach z Prehistorycznego Oceanarium, Kina 5D oraz objechaniu Zwierzyńca Bałtowskiego. Na koniec odwiedzam jeszcze Zwierzyniec Dolny. A na deser zostawiam sobie urokliwy Żydowski Jar. Przy wejściu dwóch autochtonów pijących złocisty trunek próbowało mnie zniechęcić mówiąc, że tam nic nie ma. Na szczęście ich nie posłuchałem. Niesamowite miejsce z pięknymi widokami, które zrobią wrażenie nawet na najbardziej wybrednych. 
Po kilku godzinach zwiedzania robię zakupy w miejscowym spożywczaku, gdzie jeden z autochtonów kupował zapewne nie pierwszego tegoż dnia Mamrota z Wilkowyj.

sobota, 19 sierpnia 2017

Rajd na Pocieszną Górkę

Nie brakuje miejsc w najbliższej okolicy, których dawno nie odwiedzałem. Dziś wraz z miłośnikami Klubu Turystycznego PTTK wybraliśmy się na Pocieszną Górkę. 
Ruszyliśmy rano spod Urzędu Miasta. Aby uniknąć ruchliwych dróg pojechaliśmy przez Dmenin i Wolę Malowaną. Tam skręciliśmy na Kodrąb. W tej ostatniej miejscowości na krótko wjechaliśmy na DK 42 by po chwili odbić na miejscowość Krzemieniewice. Mimo lekkiego wiatru jechało nam się całkiem przyjemnie. Z Krzemieniewic ruszyliśmy na Gorzkowice. Tam przed torami skręcamy w prawo i śmigamy przez Cieszanowice do miejscowości Teklin. Po drodze napotykamy na kilka podjazdów, ale to nic dla wytrawnych rowerzystów. W końcu docieramy do miejsca docelowego. 
Po lewej stronie szosy jadąc od Radomska ukazało nam się Sanktuarium Matki Bożej Pocieszenia na Pociesznej Górce. To tam stała drewniana kapliczka, którą pod koniec XVIII wieku powstała murowana. Oprócz kapliczki jest też droga krzyżowa oraz tzw. golgota z krzyżem. 
Na początku czerwca bieżącego roku odsłonięto obelisk upamiętniający bitwę partyzancką, w której żołnierze Armii Krajowej dowodzeni przez Stanisława Karlińskiego "Burzę" walczyli z Niemcami 5 kwietnia 1943 roku.


Kiedy mieliśmy już ruszać w drogę powrotną zaczęło padać. Deszcz towarzyszył nam przez całą drogę powrotną, tj. miejscowości, Gorzkowice, Gorzędów, Chrzanowice, Gomunice. Dopiero na rogatkach miasta deszcz ustał, ale na niezbyt długo.