Hybrydowy tour z Lęborka do Jarosławca

Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Tak chciałby się powiedzieć. Wyprawę nad nasze morze planowałem na miniony weekend. Upał był nieziemski, więc ciężko by się jechało. Prognozy pogody pokazują, że teraz ma być nieco chłodniej. Stąd wymyśliłem sobie, że ruszę nad Morze Bałtycki na odcinek, za którym nie przepadam. Przejechałem go w sumie tylko raz i to po swojemu. Mowa oczywiście o odcinku z Łeby do Ustki. Oczywiście nad morze trzeba było dostać się pociągiem. To nie do końca się udało gdyż do Łeby pociągiem nie da się dojechać z uwagi na remont torów. Trzeba było ruszać więc z Lęborka. Plan zakładał przejechanie około 105 kilometrów. Tyle przynajmniej wskazywały wyliczenia. A te jak wiadomo nie zawsze bywają precyzyjne. Po nocy spędzonej w pociągu wysiadłem w Lęborku, który powitał mnie pochmurnym niebem. Na szczęście deszcz już ustał. Bocznymi drogami, które momentami były mocno pagórkowate ruszyłem w kierunku Główczyc. Droga choć asfaltowa była raczej marna a na domiar złego nie brakowało na niej kierowców, którym najwyraźniej bardzo się spieszyło. Jadąc tymi bocznymi drużkami zastanawiałem się jak to będzie na odcinku od Główczyc. Tam bowiem zamierzałem wskoczyć na słynne R10. Choć robiło się coraz cieplej to wiało, stąd podróż mijała całkiem przyjemnie. Oczywiście pomijając bezmyślnych kierowców. W Główczycach wbiłem się na R10, która na tym fragmencie ma nawierzchnię bardzo różną. Są odcinki szutrowe i z płyt. Pojawiają się też fragmenty asfaltowe. Po dojechaniu do Smołdzina zastanawiałem się czy jechać do niewielkiego skansenu w Klukach i do latarni morskiej Czołpino. Niestety oba te miejsca nie są po drodze. Najpierw trzeba jechać do jednego, wrócić do drogi głównej i jechać do drugiego. Finalnie jakieś 40 kilometrów więcej do zrobienia. Finalnie odpuściłem i ruszyłem nie jak szlak prowadzi tylko drogą główną do Gardnej Wielkiej. Po dojechaniu do miejscowości Wysoka odbiłem jak R10 pokazało na Retowo. I o ile początek drogi był w miarę o tyle za wspomnianą miejscowością na terenie Słowińskiego Parku Narodowego rozpoczął się dramat. Jazda około 10 kilometrów po popękanych płytach. Koszmarnie się jechało. Nic więc dziwnego, że z utęsknieniem wyczekiwałem Rowów. Kiedy tam dotarłem zastanawiałem się jak będzie wyglądać odcinek do Ustki. O ile do Dębiny dojechałem w miarę spokojnie o tyle w tejże miejscowości brak oznaczenia w kluczowym momencie sprawił, że jechałem drogą główną. I co by tu nie mówić, przyjemności z jazdy nie miałem żadnej. Ruch olbrzymi dlatego w Wytownie odbijam w kierunku R 10, które akurat od tej strony jest dobrze oznaczone. Po krótkim odpoczynku ruszam do Ustki. Trochę zgłodniałem więc zatrzymałem się na mały obiad. I faktycznie był on mały jak dla dziecka do tego ryba koszmarnie smakowała. Pewnie dorsz był wielokrotnie zamrażany i odmrażany. O ile to w ogóle był dorsz. Obiad był niewielki. Za to rachunek za niego gigantyczny. Mocno zniesmaczony opuszczałem Ustkę. Na osłodę pozostała mi piękna droga rowerowa do miejscowości Zaleskie. Tam ponownie porzuciłem R 10 i jechałem lokalną drogą. Dopiero w Królewie znów wskoczyłem na R10. I już tym szlakiem z małą przerwą w Jezierzanach dojechałem do Jarosławca kończąc etap wynikiem 118 kilometrów. 


Z racji tego, że czas miałem dobry mogłem sobie pozwolić na nieco dłuższy rekonesans i mały odpoczynek na plaży. 

Komentarze