środa, 10 maja 2017

Z wizytą w JuraParku w Krasiejowie

Choć środowy poranek był wyjątkowo chłodny, cały dzień zapowiadał się bardzo interesująco. Ze wstępnych wyliczeń trasa zaplanowana na dziś oscylować będzie wokół 200 km. To oczywiście zawsze działa na wyobraźnię. 
Ruszając z Tarnowskich Gór w kierunku Zbrosławic nie popełniam błędu z wczorajszego dnia. Zakładam zimowe rękawiczki. W Zbrosławicach skręcam w prawo i bocznymi drogami przebijam się w kierunku miejscowości Wielowieś. Tempo jazdy nie jest zawrotne, ale nie jest też bardzo wolne. Z Wielowsi kieruje się na Zawadzkie i Kolonowskie. W Rzędowicach przed Zawadzkimi zatrzymuje się na zakupy. Robię zapas bananów, słodyczy oraz picia. 
Dalsza trasa biegnie terenami leśnymi. W końcu docieram do Krasiejowa. Jednak zanim trafię do miejscowego JuraParku, który jest głównym punktem dzisiejszej wyprawy mija kilka ładnych kilometrów. 
Kupuję bilet, który do tanich nie należy i zamierzam wejść na teren obiektu z Gwidonem. Okazuje się, że nie mogę i muszę go zostawić przed parkiem. O nie. Trochę na przekór obsłudze wprowadzam Gwidona na teren obiektu i ruszam na zwiedzanie. Trasa liczy około 2 km. Po drodze możemy podziwiać dinozaury. A jest ich około 70 gatunków i około 200 różnych dinozaurów.


Na powierzchowne zwiedzanie trzeba zarezerwować około 2 godzin. Po drodze pawilon paleontologiczny. Nie można ominąć Kina Emocji 5D. Ciekawie prezentuje się prehistoryczne Oceanarium. Coś pominąłem? Tak. Ominąłem Tunel Czasu. Niestety nie dane było mi go odwiedzić. Wjeżdża się do niego specjalna ciuchcią, która jeździ tam raz na godzinę. Po skończonej wizycie już wydawało się, że dostanę się tam wraz z grupą przedszkolaków. Niestety nie udaje mi się. Przy okazji doszło do małej scysji z panem prowadzących kolejkę. Zrezygnowany odpuszczam Tunel Czasu. Może innym razem mi się uda. Nie ukrywam, że poczułem się trochę kopnięty w cztery litery. Ja rozumiem, że grupy zorganizowane zostawiają sporą gotówkę w parku. Ale ja przecież też kupiłem bilet i dlaczego nie mogę skorzystać ze wszystkich przewidzianych atrakcji. Może władze Juraparku powinny pomyśleć o turystach indywidualnych?
Po wyjściu z obiektu zgłaszam swoje uwagi przy kasie. Okazuje się, że mam przyjemność z koordynatorem obiektu. Pani przeprasza mnie za zachowanie pana kierującego kolejką. Niespodziewanie otrzymuję bezpłatną wejściówkę do dwóch pozostałych JuraParków, którymi zawiaduje Stowarzyszenie Delta. Bałtów mam w planach, ale Solca kujawskiego już nie. Wygląda więc na to, że trzeba będzie coś wykombinować aby i tam dotrzeć.
Z Krasiejowa ruszam do Ozimka i dalej na Bierdzany. Skręt w prawo i wśród leśnej ciszy jadę w kierunku Olesna. Na mniej więcej setnym kilometrze dopada mnie lekki kryzys. Zjadam resztki pożywienia z nadzieją, że w Olesnie zjem jakiś obiad. Nic z tego. Nie ma żadnego godnego uwagi lokalu gastronomicznego. Jadę więc dalej. Nie dość, że nie ma żadnego baru to nie ma też sklepu. Najbliższy jest dopiero w Bodzianowicach. A to już 125 km trasy. Za dwa kilometry zatrzymuję się w lokalu w miejscowości Przystajń. Zamawiam obiad. Przy okazji posiłku doszło do kuriozalnej sytuacji. Pani z obsługi pomyliła talerze i zamiast zwykłego schabowego dostałem z pieczarkami i serem. Wraz z panem, który dostał mój talerz kiwamy tylko głowami, ale nie robimy większej afery. 
Obiad wyraźnie dobrze mi zrobił. Jadę do Panek a tam skręcam w lewo z zamiarem przebicia się w stronę Mokrej. Mam dwa warianty do wyboru. Wybieram ten dłuższy, gdyż według wstępnych wyliczeń te dodatkowe kilometry pomogę mi w osiągnięciu magicznych 200 km. W Opatowie przebijam się przez DK 43. Z mapy wynika, że zaraz powinien być skręt w prawo na Wilkowiecko. Wyjeżdżam w Mokrej. Przy pomniku poświęcanym żołnierzom, którzy walczyli pod Mokrą 1 września 1939 roku robię postój. Oddaję hołd bohaterem spod Mokrej. 


Wczoraj był dzień Zwycięstwa. Szkoda, że nikt o tym wydarzeniu nie pamiętał. Stojąc przed pomnikiem zastanawiam się ilu żołnierzy, którzy 1 września 1939 roku walczyli pod Mokrą, doczekało 9 maja 1945 roku? 
Ruszam dalej na Miedźno. W Ostrowach krótki postój na zakupy. Śmigam dalej na Ważne Młyny i Nową Brzeźnicę. W tej ostatniej miejscowości zatrzymuję się w Dino na nieco większe zakupy. 
Już wiem, że uda mi się osiągnąć 200 km. Z Nowej Brzeźnicy można powiedzieć, że jest to ostatnia prosta w drodze do domu. Na mecie okazuje się, że pękło 200 km. 

3 komentarze:

  1. Prawie byłam w tym parku, ale ostatecznie uznaliśmy, że chyba nie ma po co... Znajoma mi mówiła, że dla dzieci fajne - dla dorosłych nudnawe + drogie właśnie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dino Parki zwiedzam wraz z moją córką. W Krasiejowie nie byłyśmy ale plany są za to w Bałtowie i Solcu tak. I jak dla mnie zdecydowanie Solec. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Muszę się w końcu wybrać do jakiegoś Juraparku, tam mnie jeszcze nie widzieli :D. A sama rozrywka wydaje się ciekawa :).

    OdpowiedzUsuń