środa, 29 czerwca 2016

Tropem Walk o Wał Pomorski

W drugą rocznicę mojego wypadku w miejscowości Garnek przyszło mi przejechać jeden z najciekawszych podczas mojego wypadu do Szczecinka. 
Pierwszy odcinek trasy liczący około 40 km nie należał do najprzyjemniejszych. Wszak do takich nie można zaliczyć podróżowania drogą krajową wśród pędzących tirów. Mimo to, z krótką przerwą na zakupy w Okonku sprawnie dotarłem do miejscowości Jastrowie. Po drodze w miejscowości Podgaje natknąłem się na dwa krzyże, które będą mi towarzyszyć w każdym miejscu związanym z walkami o przełamanie Wału Pomorskiego. 
W Jastrowiu skręcam w prawo kierując się w kierunku miejscowości Brzeźnica. Niestety dopada mnie deszcz, który towarzyszy mi przez kilka km. Udaje mi się przed nim schować dopiero na przystanku w Brzeźnicy. Na szczęście szybko deszcz ustaje. Po krótkiej pogawędce z panią sklepikarką ruszam w kierunku miejscowości Kolonia Brzeźnicka. W miejscowym sklepie pytam jak dotrzeć do radzieckiej bazy rakietowej. Zaopatrzony w niezbędną wiedzę w lesie kilka kilometrów od głównej szosy znajduję pozostałości po byłej bazie, w której wojska radzieckie prawdopodobnie przechowywały głowice jądrowe. Od przypadkowo napotkanego leśnika dowiaduje się, że kilka lat temu to miejsce było o wiele bardziej atrakcyjne dla turystów. Ale ja i z tego co zobaczyłem, byłem bardzo zadowolony. 
Kolejny etap mojej wyprawy to Kłomino czyli pogarnizonowe "miasto widmo". Ale czy aby na pewno. Skręcam w las. Jadę, jadę i nic. Od przypadkowego rowerzysty dowiaduje się, że pojechałem za daleko ale dzięki temu zobaczyłem dawną niemiecką strzelnicę. Zawracam. Tym razem jadę właściwie. Jedno z niewielu miejsc, które wciąż funkcjonują do budynek nadleśnictwa. Wchodzę do środka. Pan leśnik nie okazał się zbyt miły. Pytania typu a po co pan tu przyjechał czy tu nie ma co zwiedzać tylko podsycał moją ciekawość. Widząc, że nie jestem mile widziany wychodzę. Jadę w kierunku "miasta widmo". Z miasteczka zostało jedynie kilka budynków. Większość wyburzono, część czeka na wyburzenie. Od miejscowego dowiedziałem się, że dwa bloki są remontowane i będą w nich hotele. 
Jadę do Nadarzyc. Tam czeka mnie mniej miła niespodzianka. Nikt z miejscowych nie podpowiedział mi o znajdujących się tam bunkrach ani o "cmentarzysku" samolotów. Mało tego w sklepie powiedziano mi, że do Szwecji drogą asfaltową jechać nie mogę. Niby teren wojskowy i nie wolno. Nie uśmiechało mi się wracać na Sypniewo. Z mapy wynikało, że jest droga przez las. Od sympatycznej pani dowiedziałem się, że jadąc obraną trasą bez problemów dotrę do Szwecji. Nic. Trzeba było pokonać ten trudny odcinek terenowy. Na szczęście po drodze spotykam dwóch leśników, którzy podpowiadają dużo lepszą trasę. Leśnym duktem udało mi się dotrzeć do Szwecji. Jeszcze tylko 10 km i jestem w Wałczu. Robi się późno. Jestem zmuszony zrezygnować z Mirosławca, który był jednym z celów zaplanowanego na dziś etapu. Wszystko rekompensuje mi Grupa Warowna Cegielnia. Byłem tam ładnych parę lat temu. Miejsce bardzo się zmieniło.


Kiedy byłem tam ostatni raz miejsce usytuowania bunkrów było w prywatnych rękach. Odkąd tereny przejęło miasto miejsce bardzo się zmieniło na plus rzecz jasna. Wrażenie robią nie tylko różnego rodzaju pojazdy wojskowe ale przede wszystkim bunkry. Szczególnie imponująca jest tzw. Czapa Hitlera. Przy okazji pozdrawiam panie pracujące w tym miejscu. 


Robi się późno, a spory dystans jeszcze przede mną. Ruszam w kierunku Czaplinka. Po drodze skręcam na Zdbice - ulubioną miejscowość gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Zaraz po odbiciu na tę miejscowość jakiś maluch rzucił garścią żwiru w mój rower. Kamieniami w Gwidona - pomyślałem. O nie tak, to my się bawić nie będziemy. Zatrzymałem się i upomniałem malca, który chyba mocno się wystraszył całą sytuacją. Przy wjeździe do miejscowości Zdbice kilka pojazdów militarnych. To miejscowy skansen. 


Podjeżdżam do sołtysa. Po dłuższej chwili pojawia się najpierw starsza pani a potem jej wnuczka. Pani Magda, którą przy okazji pozdrawiam okazała się bardzo pomocna i udostępniła mi pieczątkę do podbicia książeczek PTTK. Przy okazji ucinamy sobie krótki panel dyskusyjny. Ruszam z powrotem. W Machlinach robię krótki postój na jedzenie. Mój niepokój budzą ołowiane chmury, które w szybkim tempie zbliżają się do mnie. Pędzę do Czaplinka. Zdążę się schować. Niestety. Na rogatkach Czaplinka zaczęło padać a potem nastąpiło istne oberwanie chmury. Nim znalazłem miejsce, w którym mogłem się schronić, byłem przemoczony. Na szczęście nawałnica jak szybko się zaczęła tak, szybko się skończyła i można było kontynuować podróż. Chyba niejako w nagrodę w drodze do Szczecinka towarzyszyła mi piękna kolorowa tęcza. 

3 komentarze:

  1. Jak są czołgi to post dostaje +10 do atrakcyjności :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajny wypad! Do Kłomina zbieram się już chyba trzeci rok, muszę się w końcu zebrać, bo nie zostanie nic do obejrzenia.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wow, nieźle tyle kilometrów na rowerze, podziwiam. Zawsze mi imponowały osoby, które potrafią się przemieszczać czymś innym niż samochodem i pociągiem;)

    OdpowiedzUsuń