Czas podsumować wycieczki rowerowe z tego kończącego się 2024 roku. Jaki to był dla mnie rok? Patrząc na choćby przez pryzmat przejechanych kilometrów, można powiedzieć, że niezły. Wszak udało się przejechać nieco więcej kilometrów niż w 2023 roku. A i z zaplanowanych wypraw zrealizowałem siedem. Nie wszystkie się udało, ale za to tradycyjnie pojawiły się takie, które w moich zamierzeniach w ogóle nie były ujęte.
Tradycją ostatnich lat jest zaczynanie sezonu na przełomie lutego i marca. Kończący się rok nie był pod tym względem inny. Rowerowy sezon rozpocząłem bowiem od odwiedzin punkty widokowego odkrywkowej kopalni węgla brunatnego w Żłobnicy oraz legendarnego już Garnka. Przełom marca i kwietnia to przede wszystkim początek sezonu grounghoppingowego. Odwiedziłem obiekty w Czarnym Lesie pod Częstochową a także FK Darkovice u naszych południowych sąsiadów. Przy okazji odwiedziłem jeden z czeskich przygranicznych bunkrów.
Wiosenne miesiące to zwykle wycieczki na rybę do Złotego Potoku i lody do Kamyka. Ten rok pod tym względem wyjątkiem nie był.
Długa majówka pozwoliła na realizację pierwszej wyprawy z mojej listy. Długo przymierzałem się do przejechania trasy VeloCzorsztyn. Oczywiście trasę nieco sobie wydłużyłem, gdyż rozpocząłem już w Nowym Sączu delektując się jazdą VeloDunajcem. Bez wątpienia najpiękniejszy jest odcinek od Szczawnicy do Czerwonego Klasztoru. Choć widokowo trasa wokół Jeziora Czorsztyńskiego też nie ustępuje. Przy okazji można też co nieco zwiedzić.
Tradycją ostatnich lat jest zaczynanie sezonu na przełomie lutego i marca. Kończący się rok nie był pod tym względem inny. Rowerowy sezon rozpocząłem bowiem od odwiedzin punkty widokowego odkrywkowej kopalni węgla brunatnego w Żłobnicy oraz legendarnego już Garnka. Przełom marca i kwietnia to przede wszystkim początek sezonu grounghoppingowego. Odwiedziłem obiekty w Czarnym Lesie pod Częstochową a także FK Darkovice u naszych południowych sąsiadów. Przy okazji odwiedziłem jeden z czeskich przygranicznych bunkrów.
Wiosenne miesiące to zwykle wycieczki na rybę do Złotego Potoku i lody do Kamyka. Ten rok pod tym względem wyjątkiem nie był.
Długa majówka pozwoliła na realizację pierwszej wyprawy z mojej listy. Długo przymierzałem się do przejechania trasy VeloCzorsztyn. Oczywiście trasę nieco sobie wydłużyłem, gdyż rozpocząłem już w Nowym Sączu delektując się jazdą VeloDunajcem. Bez wątpienia najpiękniejszy jest odcinek od Szczawnicy do Czerwonego Klasztoru. Choć widokowo trasa wokół Jeziora Czorsztyńskiego też nie ustępuje. Przy okazji można też co nieco zwiedzić.
I choć sama wyprawa skończyła się gigantycznym spóźnieniem pociągu i potworną awanturą na dworcu w Krakowie to z pewnością trasę trzeba będzie jeszcze kiedyś powtórzyć.
Dłuższy dzień to możliwość pokonywania większych odległość, choć ostatnio to nie o kilometry chodzi a o zwiedzanie. W czerwcu wypraw było jak na lekarstwo bo raptem do Cieszyna i Zagnańska, gdzie wciąż stoi jeden z najstarszych dębów w naszym kraju.
Początek wakacji przyniósł dwie wyprawy. Pierwsza to przede wszystkim odwiedziny miejsc, w których dawno nie byłem. Zamek Krzyżtopór czy skansen w Tokarni to miejsca do których lubię wracać. Pierwsze dni lipca przyniosły też wyprawę zagraniczną. Nie ukrywam, że jej organizacja wymagała sporych przygotowań logistycznych. I choć ruszałem na nią w nienajlepszym nastroju to zaliczam ją do udanych. Głównym punktem była duńska wyspa Bornholm. Nie ma się co czarować. Rowerowo jest to innych świat. Nie tylko z uwagi na infrastrukturę rowerową ale przede wszystkim na kulturę kierowców. Nie wiem czy jeszcze kiedyś tam wrócę, bo w Danii jest bardzo drogo. Jedno wiem. Wspomnień nikt mi nie zabierze.
Dłuższy dzień to możliwość pokonywania większych odległość, choć ostatnio to nie o kilometry chodzi a o zwiedzanie. W czerwcu wypraw było jak na lekarstwo bo raptem do Cieszyna i Zagnańska, gdzie wciąż stoi jeden z najstarszych dębów w naszym kraju.
Początek wakacji przyniósł dwie wyprawy. Pierwsza to przede wszystkim odwiedziny miejsc, w których dawno nie byłem. Zamek Krzyżtopór czy skansen w Tokarni to miejsca do których lubię wracać. Pierwsze dni lipca przyniosły też wyprawę zagraniczną. Nie ukrywam, że jej organizacja wymagała sporych przygotowań logistycznych. I choć ruszałem na nią w nienajlepszym nastroju to zaliczam ją do udanych. Głównym punktem była duńska wyspa Bornholm. Nie ma się co czarować. Rowerowo jest to innych świat. Nie tylko z uwagi na infrastrukturę rowerową ale przede wszystkim na kulturę kierowców. Nie wiem czy jeszcze kiedyś tam wrócę, bo w Danii jest bardzo drogo. Jedno wiem. Wspomnień nikt mi nie zabierze.
Uzupełnieniem wyprawy na Bornholm było przejechanie odcinka naszego wybrzeża od Kołobrzegu aż po Świnoujście. Ale to jeszcze nie wszystko. Objechałem część Zalewu Szczecińskiego. Dotarłem też do Nowego Warpna. Jedno z najdalszych zakątków naszego kraju, który może pochwalić się przepięknym ratuszem.
Z różnych względów na kolejną wyprawę mogłem wybrać się dopiero pod koniec lipca. Wybór padł na Zieloną Górę. Tu znów muszę napisać, że do tej miejscowości po prostu lubię wracać. Nie raz i nie dwa podkreślałem, że jest to rowerowy raj. Przy okazji pokręciłem się po okolicy, odwiedzając Sulechów, Szprotawę, no i Nową Sól.
Z różnych względów na kolejną wyprawę mogłem wybrać się dopiero pod koniec lipca. Wybór padł na Zieloną Górę. Tu znów muszę napisać, że do tej miejscowości po prostu lubię wracać. Nie raz i nie dwa podkreślałem, że jest to rowerowy raj. Przy okazji pokręciłem się po okolicy, odwiedzając Sulechów, Szprotawę, no i Nową Sól.
Na początku sierpnia ruszyłem ponownie na Warmię. Nieco inaczej ta moja wyprawa miała wyglądać. Ale cóż. Jak to mawiają moi uczniowie - życie. Tę podróż również uważam za udaną. Zawitałem do części miejsc, w których byłem razem z moimi uczniami. W końcu zamek w Reszlu czy też położoną tuż obok Święta Lipkę warto odwiedzić. Może będzie mi dane jeszcze wrócić rowerem na Warmię?
Tradycją jest to, że co roku trafiają się wyprawy spontaniczne. I z reguły są one bardzo fajne. Do takich bez wątpienia należała ta nad Jezioro Żarnowieckie. To miejsce, w którym też dawno nie byłem. Tu poza rowerem udało mi się wybrać na spływ kajakiem po Piaśnicy.
Nie zabrakło również wycieczki wzdłuż Mierzei Helskiej. Choć muszę przyznać, że ścieżka na odcinku od Władysławowa do Helu w okresie wakacyjnym jest bardzo zatłoczona. A jak wiadomo tłoku to ja nie lubię. Sam Hel, w którym byłem po dłuższej przerwie pozytywnie mnie zaskoczył. Widać po prostu, że miasteczko cały czas się rozwija.
Druga połowa sierpnia to moja ostatnia dłuższa wyprawa rowerowa. Po kilku latach wróciłem na Dolny Śląsk, by wreszcie zrealizować wyprawę, która chodziła mi po głowie od dawna. Dzięki niej zawitałem do trzeciego z sześciu trójstyków granicznych. Przy okazji przejechałem przez niewielki odcinek Czech. Zawitałem również do kilku zamków, że wspomnę tylko Wleń i przede wszystkim Czocha. Wreszcie odwiedziłem również Lubomierz, słynący z Muzeum Kargula i Pawlaka. I choć z uwagi na pogodę nie udało mi się dotrzeć nad zaporę w Pilchowicach to w zamian zawitałem do Lwówka Śląskiego gdzie mieści się najstarszy browar w Polsce.
Idąc zamkowym tropem jeszcze w sierpniu odwiedziłem jurajskie warownie w Bobolicach i Mirowie. Początek września to oczywiście tradycyjny rajd na Ewinę. Wykorzystując ładną pogodę w ramach urodzinowego prezentu wybrałem się na objazd Żelaznego Szlaku Rowerowego. I w tym przypadku o ile polska część jest bardzo fajna, o tyle czeska pozostawia wiele do życzenia.
Wyprawa, która nie była ujęta w moich planach to wyjazd na Podlasie. Ten obszar naszego kraju urzekł mnie podczas mojej pierwszej wizyty. Stąd w miłą chęcią ponownie zawitałem do malowniczego Tykocina, Supraśla czy słynnej Choroszczy.
Piękna pogoda pod koniec października sprawiła, że wybrałem się jeszcze w okolice Łowicza, aby zwiedzić skansen w Maurzycach. Rowerowy rok wypraw tradycyjnie zakończyłem w Święto Niepodległości. Pomimo przenikliwego zimna wybrałem się do Łodzi na rajd zorganizowany przez miejscowy Klub Turystów Kolarzy PTTK.
Tak kończy się mój rowerowy rok 2024. Udało się przejechać nieco więcej kilometrów niż przed rokiem. Na kolejny rok coś tam sobie zaplanowałem. Gdzie chcę pojechać? Zapraszam do lektury już w Nowy Roku.
Wyprawa, która nie była ujęta w moich planach to wyjazd na Podlasie. Ten obszar naszego kraju urzekł mnie podczas mojej pierwszej wizyty. Stąd w miłą chęcią ponownie zawitałem do malowniczego Tykocina, Supraśla czy słynnej Choroszczy.
Piękna pogoda pod koniec października sprawiła, że wybrałem się jeszcze w okolice Łowicza, aby zwiedzić skansen w Maurzycach. Rowerowy rok wypraw tradycyjnie zakończyłem w Święto Niepodległości. Pomimo przenikliwego zimna wybrałem się do Łodzi na rajd zorganizowany przez miejscowy Klub Turystów Kolarzy PTTK.
Tak kończy się mój rowerowy rok 2024. Udało się przejechać nieco więcej kilometrów niż przed rokiem. Na kolejny rok coś tam sobie zaplanowałem. Gdzie chcę pojechać? Zapraszam do lektury już w Nowy Roku.
Komentarze
Prześlij komentarz