Październikowy trip po ziemi łowickiej

Słoneczna pogoda pod koniec października nie zdarza się każdego roku. Stąd trochę spontanicznie postanowiłem te sprzyjające okoliczności przyrody wykorzystać na realizację jakiejś wycieczki rowerowej. Oczywiście dzień jest już coraz krótszy, dlatego trzeba na sporych odcinkach wspomagać się koleją. I tak rankiem wyruszyłem pociągiem w stronę Skierniewic. A stamtąd już rowerkiem ruszyłem w kierunku Łowicza. Nie była to moja pierwsza wizyta w Skierniewicach stąd mniej więcej wiedziałem jak mam jechać. O dziwo dawne miasto wojewódzkie nieźle prezentuje się jeśli chodzi o drogi rowerowe. Szybko więc wyjechałem z miasta i ruszyłem przez Mokrą Lewą na Stachlew i Polesie. Po drodze zatrzymałem się na małe zakupy, po których można było śmigać dalej. W Bobrownikach czekał na mnie wydzielony pas dla rowerów. Dzięki temu spokojnie mogłem sobie jechać w stronę Łowicza. Bez większych problemów dotarłem do centrum miejscowości. Tam czekał na mnie pierwszy punkty mojej dzisiejszej wyprawy a mianowicie łowicka Bazylika, która jest jedynym z niewielu w województwie łódzkim Pomników Historii. Niestety znajdujące się w Bazylice Muzeum było zamknięte. A sam obiekt przechodzi niewielki remont. Z łowickiego rynku ruszyłem w stronę Skansenu w Maurzycach. Niestety aby tam dojechać trzeba ładnych parę kilometrów pokonać bardzo ruchliwą DK 92. Szczęśliwie jest tam duże pobocze stąd te kilka kilometrów bezpiecznie pokonać. Sam Skansen Ziemi Łowickiej w Maurzycach ma aż 40 budynków rozsianych po terenie. Mnie szczególnie podobają się budynki w kolorze określanym jako ultramaryna. Warto dodać, że na terenie Skansenu jeden z budynków zaaranżowany jest na karczmę, którą i ja dziś odwiedziłem. Zamówiłem sobie porcję pierogów, aby nieco wzmocnić się przed dalszym zwiedzaniem.


Po spacerze można było ruszać w drogę powrotną. Korzystając z pięknej aury nie jechałem od razu na dworzec w Skierniewicach. W Bobrownikach skręciłem bowiem na Bełchów. Tam zatrzymałem się aby obejrzeć mecz skierniewickiej klasy okręgowej. Miejscowa Pogoń podejmowała rezerwy KS Kutno. Oba zespoły grają słabo, stąd wielkiego widowiska się nie spodziewałem. I moje przeczucia mnie nie zawiodły. W pierwszej połowie padł zaledwie jeden gol, ale za to jaki. Gracz miejscowych wykazał się bowiem sprytem i niemalże połowy boiska zdobył gola. Goście mogli wyrównać w końcówce pierwszej połowy, ale gospodarzy od straty gola uratował słupek. Po zmianie stron goście przycisnęli, a gospodarze wyprowadzali kontry, których nie potrafili zamienić na drugiego gola. Już po upływie regulaminowego czasu gry gospodarze mieli rzut karny, które jednak nie wykorzystali. Egzekutor jedenastki zwyczajnie posłał piłkę nad bramką. Chwilę później na środku boiska sędzia nie zauważył zagrania ręką jednego z miejscowych i puścił grę. Gospodarze rozegrali niezłą akcję a dośrodkowanie z prawej strony boiska jeden z zawodników Pogoni zamienił na gola, pieczętując tym samym triumf zespołu z Bełchowa.
Mnie nie pozostało nic innego jak śmigać na Stachlew i dalej na Skierniewice. Czas miałem niezły, stąd bez zbędnego gonienia udało mi się na spokojnie dojechać na dworzec kolejowy w Skierniewicach.

Komentarze