Nie ma co ukrywać. Przejechane wczoraj 117 kilometrów wyczerpały chyba wszystkie moje siły. Na dziś został mi do pokonania odcinek, który w założeniu miał liczyć nie więcej niż 20 kilometrów. Niby bardzo mało. Ale już od startu w Świeradowie Zdrój było jasne, że łatwo nie będzie. Etap rozpoczął się bowiem długim podjazdem. W sumie jechałem praktycznie blisko osiem kilometrów cały czas pod górkę. Jedno co się zmieniało do stromość podjazdu. Tak sobie myślałem, że bez sakwy pewnie było by łatwiej, ale na pewno nie lekko. Można powiedzieć, że w zasadzie te pierwsze kilometry to nie jechałem tylko toczyłem się na rowerze. Dopiero około ósmego kilometra nieco się wypłaszczyło i zaczął się lekki zjazd. Po przejechaniu jeszcze kilku kilometrów zatrzymuję się na mały postój.
Odpoczywam dłuższą chwilę delektując się pięknymi krajobrazami. Czas mam przyzwoity ale trzeba ruszać dalej. Im bliżej Szklarskiej Poręby tym zjazd coraz mocniejszy. Mijam słynny zakręt śmierci, z którego mamy piękne widoki i ostrym zjazdem w dół melduje się w Szklarskiej Porębie. Odwiedzam punkt informacji turystycznej. Przy okazji mam taką refleksję. W środę tym deszczem to chyba pogoda się nade mną zlitowała. Po przejechaniu dzisiejszego odcinka wiem, że trasa do Kowar, w obie strony jak dla mnie może być niewykonalna. Jako jeden odcinek ze Świeradowa Zdrój do Kowar myślę, że jakoś dałbym radę. Tak czy inaczej wyjazd można uznać za udany choć nie udało się wszystkiego zrealizować. Ale były też punkty, które nie były przewidziane w planie. Na pewno będę chciał w tamte rejony jeszcze wrócić. Kiedy? Tego nie wiem.
Komentarze
Prześlij komentarz