Odpływający z portu w Świnoujściu prom uświadomił mi, że odwrotu już nie ma. Ruszam na moją krótką wyprawę na wyspę Bornholm. Wiem, że zaraz pojawią się tacy, że powiedzą przecież przez Niemcy byłoby bliżej i szybciej. Ale na wizytę u naszych zachodnich sąsiadów nie czas. Oczywiście w głowie kłębiły mi się myśli jak poradzę sobie w Szwecji z przesiadką na drugi prom, który miał mnie dostarczyć na Bornholm. Z pomocą przyszła starsza pani, która też płynęła do Ystad. Rano kiedy dotarliśmy na miejsce wskazała mi budynek odprawy promowej. Tam młody pracownik coś mi tam tłumaczył. Oczywiście nic nie zrozumiałem. Finalnie na translatorze napisał mi, że mam wzdłuż płotu dojechać do bramy wjazdowej do przeprawy promowej. Tam kolejna młoda osoba zeskanowała mój voucher, który miałem i wydała bilet. A raczej zrobił to automat. Do odpłynięcia miałem ponad godzinę więc można było na spokojnie zjeść śniadanie. Po załadowaniu się na drugi prom dość szybko znalazłem się na Bornholmie. Tam oczywiście nie bardzo wiedziałem jak się poruszać. Błyskawicznie trafiłem na punkt informacji turystycznej gdzie sympatyczna pani dała mi mapę i mały przewodnik w języku polskim. Szybko okazało się, że mapa to właściwie jest niepotrzebna. Wszystkie drogi mają bowiem pasy dla rowerów a jeśli ich nie ma to non stop znaki nakazujące kierowcom uważać na rowerzystów. Do tego wszystko pięknie oznakowane. Duża część dzisiejszego odcinka wiodła szutrami, ale bardzo dobrze utwardzonymi. W Hasle zatrzymałem się na kawę i tu dały o sobie znać moje braki w angielskim. Próbowałem tłumaczyć pani, że do kawy potrzebuję cukier. Po tym jak pani zamiast dać mi cukier przelała mi kawę z filiżanki do kubeczka termicznego poddałem się.
Nie będę ukrywał, że trochę wzbudzałem sensację ponieważ byłem jedyną osobą, która zapinała rower. Z Hasla ruszyłem dalej w kierunku północnym zgodnie ze szlakiem R 10. Na internecie wyczytałem, że tamta część trasy obfituje w podjazdy. Nie spodziewałem się jednak, że momentami będzie bardzo ciężko. Wspomniany przeze mnie szlak nie prowadzi do Twierdzy Hammershus. Mimo narastającego zmęczenia oraz upału postanowiłem tam podjechać. W końcu kolejnej takiej okazji może nie być.
Nie będę ukrywał, że trochę wzbudzałem sensację ponieważ byłem jedyną osobą, która zapinała rower. Z Hasla ruszyłem dalej w kierunku północnym zgodnie ze szlakiem R 10. Na internecie wyczytałem, że tamta część trasy obfituje w podjazdy. Nie spodziewałem się jednak, że momentami będzie bardzo ciężko. Wspomniany przeze mnie szlak nie prowadzi do Twierdzy Hammershus. Mimo narastającego zmęczenia oraz upału postanowiłem tam podjechać. W końcu kolejnej takiej okazji może nie być.
Przy okazji w restauracji uzupełniam płyny. Co by nie mówić to jednak w Danii jest bardzo drogo. Ale za to wstęp do ruin warowni Hammershus jest darmowy. Widoki wokół też robią swoje. Po zwiedzaniu ruszam dalej. W kolejnej miejscowości kosztuję miejscowej oranżady i ruszam dalej. Czas mam dobry, ale trzeba zacząć się spieszyć. Mniej więcej od miejscowości Tejn zaczynają się gromadzić ołowiane chmury. A to nie wróżyło nic dobrego. Zdążę dojechać do miejsca gdzie mam nocleg? Nic z tego. Już dwa kilometry przed Gudhjem zaczyna kropić. Kiedy dojeżdżam do miejscowości zatrzymuję się na obiad. I to był dobry pomysł. Dosłownie kilka minut później rozpętała się gigantyczna ulewa. Mogłem więc przeczekać najgorszą nawałę, która trwała dobrą godzinę. A mnie do pokonania zostało jeszcze około 10 kilometrów do przejechania. Kiedy nieco ustało ruszam w drogę. Niestety cały czas padało. Szybko więc stałem się mokry. Na domiar złego zaczęły się odzywać łydki. Mozolnie dotarłem do miejscowości gdzie zarezerwowałem sobie nocleg. Autochtoni podpowiedzieli mi jak mam dojechać.
Wreszcie przestaje padać. Rozpakowuję się i łamanym angielskim pytam o jakiś sklep w pobliżu. Najbliższy jest w Svaneke pięć kilometrów od Bolshavn. Łapię trochę oddechu i jadę na zakupy.
Wreszcie przestaje padać. Rozpakowuję się i łamanym angielskim pytam o jakiś sklep w pobliżu. Najbliższy jest w Svaneke pięć kilometrów od Bolshavn. Łapię trochę oddechu i jadę na zakupy.
Komentarze
Prześlij komentarz