Pagórkowatym Green Velo do Klimontowa

Czasem to mam wrażanie, że jestem gamoniem. Jak się na coś uprę to ciężko jest wyperswadować mi, że może trzeba zrobić inaczej. Dziś wymyśliłem sobie, że pojadę Green Velo do Sandomierza i z powrotem. Trasa jednak szybko mnie zweryfikowała. Ale może to i lepiej. Będzie podwójna motywacja aby znów zawitać w te tereny. Ale trasę zaplanować nie na trzy a cztery dni. Taki wariant wydaj się być po prostu optymalny.
W trasę ruszyłem wydawało się dość wcześnie bo pod siódmą rano. Po rozruchu do Rakowa gdzie robię zapasy śladem Green Velo ruszyłem dalej. Szlak do najłatwiejszych nie należał. Usiany jest bowiem niezliczonymi pagórkami. A to wiadomo powoduje zwane tempo jazdy i potęguje zmęczenie. Mniej więcej na trzydziestym kilometrze wiem, że planowany Sandomierz trzeba będzie odpuścić. Na siłę oczywiście można byłoby jechać. Nie mniej jednak jaki byłby sens dojechać zwiedzić góra jedną atrakcję bo zaraz trzeba byłoby wracać. Na szybko wymyśliłem więc, że zatrzymam się w zamku Krzyżtopór, w którym nie byłem ładnych parę lat a dalej pojadę sobie do Klimontowa i stamtąd wrócę. Ze wstępnych wyliczeń wynikało, że mniej więcej powinno wyjść sto kilometrów.
Pierwotnie zatrzymywać się w zamku Krzyżtopór zatrzymywać się nie zamierzałem, ale skoro opuściłem Sandomierz to trzeba było zrobić sobie pauzę.


Same ruiny zamku wizytuję już po raz kolejny. Dziś już mi się nie spieszyło, więc przeszedłem sobie dwie trasy, które są wytyczone dla zwiedzających. Zrobiłem sobie również przerwę na lody bo choć było grubo przed południem to słońce już mocno dawało się we znaki.
Przy okazji zakupu biletu otrzymałem ulotkę zachęcającą do odwiedzenia położonej niedaleko Osady Neolitycznej. W sumie skoro i tak jadę w stronę Klimontowa to oczywiście zrobię sobie postój w miejscowości Kopiec.
Trzeba przyznać, że osada choć niewielka jako obiekt jest dość ciekawie urządzona. Można zobaczyć chaty z czasów neolitycznych. Przy okazji wysłuchać kilku zdań o życiu ludzi z epoki neolitu. Niewątpliwie uroku temu miejscu dodają zwierzątka: owce kameruńskie, kozy a także kilka rodzajów kaczek.


Po zwiedzaniu śmigam dalej usianą pagórkami trasą Green Velo. Wreszcie docieram na Klimontowa. tam robię kolejną pauzę. Przy okazji patrzę na mapę, z której jasno wynika, że trzeba było jechać rano na Bogorię. Byłoby do Sandomierza zdecydowanie bliżej.
Skoro na Bogorię byłoby bliżej to jadę na tę miejscowość. Po kilkuset metrach pytam sam siebie czy aby dobrze jadę? Czy nie wjechałem gdzieś na krajówkę czy autostradę. Ruch był bowiem niesamowity. Ciężarówka pędziła za ciężarówką. Patrzę na tablicę i czytam droga powiatowa. Życia ryzykować jednak nie zamierzałem. Choć zadawałem sobie pytanie dlaczego tranzyt idzie drogą powiatową, skoro pod nosem jest wojewódzka. Kiedy do niej dojechałem wszystko stało się jasne. Jest ona w tak fatalnym stanie, że tiry mają tam zakaz wjazdu. A skoro tak to ja jechać mogę. I rzeczywiście śmigało się fajnie choć była przysłowiowa dziura na dziurze. Do samego Ujazdu jechać jednak nie zamierzałem. Wspomagając się lekko nowoczesnością odbiłem w lewo. Miałem wrażenie, że wpadłem w jakiś labirynt. Ale drogi dobre, poza malutkim wyjątkiem wszystkie asfaltowe. To jechałem i trzeba przyznać sprawnie wyjechałem na drogę prowadzącą do Rakowa. I jak się okazało samą Bogorię miałem już za sobą. Ale gdybym miał tak jechać na samej mapie to takie odcinka w życiu bym nie wymyślił. Nie pozostało mi nic innego jak dojechać do Rakowa. Tam robię przerwę na jedzenie. Przy okazji przeczekuję krótki deszcz.



Przy fontannie mam taką refleksję, że następnym razem to trzeba będzie jechać na Bogorię, przebijać się na Klimontów i dalej na Sandomierz. Będzie zdecydowanie bliżej. A dziś nie pozostało nic innego jak dojechać do miejsca noclegowego zamykając etap wynikiem 107 kilometrów.

Komentarze