Wielokrotnie wspominałem, że mam listę miejsc, do których przynajmniej raz w roku wybieram się rowerkiem. Wśród nich jest położony niedaleko Częstochowy Kamyk. Tam mieści się siedziba firmy produkującej m. in. lody rzemieślnicze. Oczywiście zaraz mi ktoś powie, że teraz to każdy takie robi. Ważny jest wyraz teraz. Bo właściciele firmy z Kamyka to można powiedzieć pionierzy w produkcji takich lodów.
Korzystając z ładnej pogody choć nieco wietrznej ruszyłem w ramach treningu do Kamyka. Jeżdżąc w tamte rejony wypracowałem sobie już optymalną trasę. Wiedzie ona przez Wierzbicę, miejscowość Krępa i dalej Wolę Blakową i Wolę Wiewiecką w kierunku Nowej Brzeźnicy. Tam na chwilę wjeżdżam na DK 42 aby po chwili skręcić w drogę wojewódzką. Nią dojeżdżam do Ważnych Młynów gdzie skręcam w prawo. Przejeżdżając przez tory kolejowe śmigam w kierunku miejscowością Ostrowy nad Okszą. Trzeba przyznać, że pokonywanie trasy dziś szło mi bardzo sprawnie. Widać, że forma nieco zwyżkuje. Z dobrego rytmu wybiła mnie jednak nawierzchnia tuż przed Ostrowami, którą jakieś gamonie próbują łatać. A od razu widać, że cały odcinek nadaje się do kapitalnego remontu. Trochę niepokoju wzbudziła u mnie pogoda. Zaczęło się mocno chmurzyć i delikatnie kropić. A do pokonania miałem jeszcze około 10 kilometrów. Na szczęście wiatr nieco rozwiał chmury i spokojnie dojechałem do Kamyka. Choć bywa tam zwykle raz do roku to obsługa wiedziała jaki zestaw zamówię.
Korzystając z ładnej pogody choć nieco wietrznej ruszyłem w ramach treningu do Kamyka. Jeżdżąc w tamte rejony wypracowałem sobie już optymalną trasę. Wiedzie ona przez Wierzbicę, miejscowość Krępa i dalej Wolę Blakową i Wolę Wiewiecką w kierunku Nowej Brzeźnicy. Tam na chwilę wjeżdżam na DK 42 aby po chwili skręcić w drogę wojewódzką. Nią dojeżdżam do Ważnych Młynów gdzie skręcam w prawo. Przejeżdżając przez tory kolejowe śmigam w kierunku miejscowością Ostrowy nad Okszą. Trzeba przyznać, że pokonywanie trasy dziś szło mi bardzo sprawnie. Widać, że forma nieco zwyżkuje. Z dobrego rytmu wybiła mnie jednak nawierzchnia tuż przed Ostrowami, którą jakieś gamonie próbują łatać. A od razu widać, że cały odcinek nadaje się do kapitalnego remontu. Trochę niepokoju wzbudziła u mnie pogoda. Zaczęło się mocno chmurzyć i delikatnie kropić. A do pokonania miałem jeszcze około 10 kilometrów. Na szczęście wiatr nieco rozwiał chmury i spokojnie dojechałem do Kamyka. Choć bywa tam zwykle raz do roku to obsługa wiedziała jaki zestaw zamówię.
Przy robieniu zdjęć okazało się, że pakowałem się jak gamoń i zapomniałem statywu. Stąd jego rolę musiał pełnić mój rowerowy kask.
Owocowy deser zawsze wygląda tak ładnie, że aż szkoda go napoczynać. Po naładowaniu akumulatorów dużą dawką kalorii można było wracać z powrotem. Wydawało się, że spokojnie sobie przejadę odcinek, ale skoro tradycja to tradycja. Ta dotycząca Kamyka jest taka, że zwykle na krótkim odcinku pada. I tak było dziś. Już od Nowej Brzeźnicy zbierały się ołowiane chmury. W Woli Wiewieckiej zaczęło kropić. Rozważałem czy nie zatrzymać się i nie poczekać na przystanku autobusowym. Pomyślałem, że może i tym razem tylko postraszy. Niestety zaczęło mocno podać i w momencie byłem mokry. Zanim dotarłem do kolejnego przystanku to przyszło mi w deszczu pokonać pięć kilometrów. Dopiero w Woli Blakowej się zatrzymałem. Przebrałem bluzę, poczekałem aż przestanie padać i ruszyłem dalej. Za kilka kilometrów znów zaczęło kropić, ale ja nie zamierzałem się już zatrzymywać bo do domu było już bardzo blisko. Na szczęście tym razem jedynie postraszyło i można było spokojnie dojechać kończąc etap mając 101 kilometrów na liczniku.
Owocowy deser zawsze wygląda tak ładnie, że aż szkoda go napoczynać. Po naładowaniu akumulatorów dużą dawką kalorii można było wracać z powrotem. Wydawało się, że spokojnie sobie przejadę odcinek, ale skoro tradycja to tradycja. Ta dotycząca Kamyka jest taka, że zwykle na krótkim odcinku pada. I tak było dziś. Już od Nowej Brzeźnicy zbierały się ołowiane chmury. W Woli Wiewieckiej zaczęło kropić. Rozważałem czy nie zatrzymać się i nie poczekać na przystanku autobusowym. Pomyślałem, że może i tym razem tylko postraszy. Niestety zaczęło mocno podać i w momencie byłem mokry. Zanim dotarłem do kolejnego przystanku to przyszło mi w deszczu pokonać pięć kilometrów. Dopiero w Woli Blakowej się zatrzymałem. Przebrałem bluzę, poczekałem aż przestanie padać i ruszyłem dalej. Za kilka kilometrów znów zaczęło kropić, ale ja nie zamierzałem się już zatrzymywać bo do domu było już bardzo blisko. Na szczęście tym razem jedynie postraszyło i można było spokojnie dojechać kończąc etap mając 101 kilometrów na liczniku.
Komentarze
Prześlij komentarz