wtorek, 8 sierpnia 2017

Ujęty czarem Kozłówki

Plan na wtorkową wyprawę był dość prosty. Zwiedzić zespół pałacowo-parkowy w Kozłówce. Z uwagi na niezbyt długi odcinek nie musiałem zbyt wcześnie wstawać. Ruszyłem przetartym wczoraj szlakiem w kierunku Łęcznej. Stamtąd skierowałem się na Lubartów. Po drodze w Nowogrodzie robię przerwę na małe zakupy. Piękna pogoda sprawiała, że przyjemnie się pokonywało kolejne kilometry. Po dotarciu do Lubartowa, w centrum miasteczka skręcam w lewo na Nowodwór. Czas mam dobry więc jeszcze jeden postój robię na jedzenie. Około 10:30 melduję się w Kozłówce. Miejscowe Muzeum Zamoyskich robi niesamowite wrażenie. Na teren zespołu pałacowo-parkowego wjeżdżać rowerem nie można. Muszę więc zostawić Gwidona na parkingu. 
O 11:00 wraz z grupą turystów zwiedzamy pałac.


Warto pamiętać, że Kozłówka nie od zawsze należała do Zamoyskich. Początkowo należała do rodu Bielińskich. W 1799 roku Franciszek Bieliński dobra kozłowieckie sprzedaje Aleksandrowi Zamoyskiemu. Największy zaś wkład w rozwój posiadłości wniósł Konstanty Zamoyski. Skoro już przy Zamoyskich jesteśmy to warto przytoczyć jedną ciekawostkę. Otóż za protoplastę rodu Zamoyskich herbu Jelita i zawołaniu To mniey boli uważany jest Florian Szary. Tak, ten sam o którym w swojej powieści pisze Józef Kraszewski. A skoro Florian Szary to i okolice Przedborza. Dlaczego? Kiedyś z pewnością będzie okazja o tym napisać. 
Oprócz pięknych wnętrz pałacu nie sposób ominąć innych atrakcji Kozłówki. Na terenie znajdują się dwa ogrody. Jeden w stylu angielskim, drugi zaś francuskim. Jest też powozownia. Nie ma co ukrywać, że dla mnie poza pałacem największą atrakcją była Galeria Sztuki Socrealizmu. Ciekawi mnie czy w myśl przyjętej ostatnio przez sejm jednej z ustaw pójdzie ona do kasacji? 
Aby nie wracać ta samą drogą pojechałem nieco okrężna trasą przez Kamionkę i Samoklęski. Tam na chwilę przystanąłem przy pomniku, który pewnie niedługo pójdzie do rozbiórki?
Mimo słońca, upał nie był aż tak bardzo odczuwalny ze względu na wiatr. Ten momentami dawał się we znaki, ale przede wszystkim chłodził. 
Tak sobie jechałem na Krasienin i dalej na Niemce. Stamtąd odbicie na Łęczną. Drogę znam już w miarę dobrze, więc sprawnie ją pokonałem. A po dotarciu na miejsce noclegowe odhaczam 122 km. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz