środa, 12 lipca 2017

U Popiela z Mysiej Wieży

Zgodnie z przyjętym dużo wcześniej planem na środę zaplanowałem sobie zwiedzanie Inowrocławia oraz Kruszwicy. Ta ostatnia była miejscem docelowym środowej wyprawy. 
Pogoda zachęcała do rowerowej wyprawy, choć jak dla mnie była nieco za ciepło. Ruszyłem wyznaczoną trasą na Barcin. Ta niewielka miejscowość zaskoczyła mnie bardzo dobrze rozwiniętą siecią dróg rowerowych. Aż do granic gminy mogłem śmigać ścieżkami rowerowymi unikając w ten sposób uciążliwego towarzystwa tirów. W miejscowości Pakość odwiedziłem punkt informacji turystycznej. Tam otrzymałem bardzo ciekawy przewodnik. Nim się obejrzałem byłem już w Inowrocławiu. Bardzo dobre oznakowania sprawiły, że bez żadnych problemów trafiłem do Parku Solankowego. Bez wątpienia jest to cudowna wizytówka Inowrocławia. Mieniący się różnymi kolorami park a do tego monumentalna tężnia. Nic tylko wypoczywać. 


Szkoda było opuszczać to cudowne miejsce. Ale lodów z uzdrowiskowej lodziarni nie mogłem sobie odmówić. Przy wyjeździe z miasta ze względu na bardzo duży ruch miałem trochę kłopotów. Ostatecznie udało się wydostać z Inowrocławia i skręcić na Kruszwicę. To niewielkie miasto większości osób kojarzy się z dwoma rzeczami: zakładami tłuszczowymi i Mysią Wieżą. Wszak kto z Was nie słyszał legendy o złym Popielu, którego zjadły myszy? Kierując się w stronę wieży, która została wzniesiona dopiero w czasach Kazimierza Wielkiego napotykamy nie tylko na drewniane rzeźby myszy ale również choćby postać Piasta Kołodzieja. Z kruszwickiej Wieży rozciąga się piękny widok na Jezioro Gopło.


Po krótkim odpoczynku na posiłek i pisanie tekstu ruszam jeszcze w kierunku Strzelna. Po co mnie tam poniosło? Zależało mi na objechaniu Jeziora Pakoskiego. Nie uśmiechało mi się jechać ruchliwą DK 62, więc pojechałem dookoła bocznymi drogami przez Sukowy. W Strzelinie odbiłem na Pakość. W Trlęgu na setnym kilometrze obowiązkowo przerwa na uzupełnienie płynów. 
Niestety powoli na niebie zbierają się szare chmury. Ruszam więc prędko na Pakość i dalej na Barcin. Na 128 km zaczyna delikatnie kropić. Wytrzyma czy nie? Do celu mam ledwie kilkanaście kilometrów. Robi się chłodniej więc pięć kilometrów dalej zakładam długi rękaw. Dojeżdżam do Żnina. Zatrzymuje się w sklepie na drobne zakupy. Zaczyna delikatnie padać. Panowie spod sklepu pytają ile mi jeszcze zostało do celu. Mówię, że właściwie to jestem już na miejscu. Do Podgórzyna to w końcu tylko przysłowiowy rzut beretem. Na kilometr przed metą zaczyna intensywnie padać. Ale to już nie ma znaczenia. Meta tuż, tuż i 145 km pokonane. 

3 komentarze:

  1. Wyprawa idealna- zdążyć tuż przed ulewą :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Szacun:) Dla mnie 145 km w jeden dzień, to jednak za dużo, ale dobrze wiedzieć, że na Kujawach jest taka dobra infrastruktura rowerowa. A panowie spod sklepu może chcieli, żebyś się do nich przyłączył ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Wow! To się nazywa aktywne spędzanie czasu! W sumie rowerem można dojechać, gdzie tylko się chce, więc to bardzo dobry środek transportu <3

    OdpowiedzUsuń