poniedziałek, 10 lipca 2017

Tour z Kaszub na Pałuki

Każda kilkudniowa wyprawa rowerowa ma swój najdłuższy etap. Takowy przypadł dziś. Musiałem z Kaszub dotrzeć na Pałuki. 
Wczorajsza rozmowa z wdową po Józefie Chełmowskim napawała mnie optymistycznie przynajmniej jeszcze chodzi o pierwszy fragment dzisiejszego etapu. Dowiedziałem się bowiem, że z Brus do Chojnic ciągnie się ścieżka rowerowa. 
Biorąc pod uwagę długość etapu ruszyłem wcześnie rano. I rzeczywiście na pierwszym ponad 20 km odcinku jechałem piękną ścieżką rowerową, w większości szutrową po terenach leśnych. Ale nie brakowało też asfaltowych odcinków.


Z sielskiego nastroju wyrwały mnie Chojnice. Chciałem bocznymi drogami dojechać do Sępólna Krajeńskiego. Niestety żadna z trzech zapytanych przeze mnie osób nie potrafiła wskazać mi drogi na Agnowice. Pojechałem więc drogą wojewódzką na Zamarte i dalej krajową 25 przez Kamień Krajeński do Sępólna Krajeńskiego. Tam na 58 km zrobiłem sobie krótki postój na drugie śniadanie. Mimo, że była dopiero 10:00 już było dość duszno. Dalszą drogę kontynuowałem drogą wojewódzką w kierunku Więcborka. W 80 km zauważyłem, że prawdopodobnie w przednim kole mam delikatnie przebicie gdyż ucieka powietrze. Trzeba było stanąć i nieco napompować koło. Za kilka kilometrów ucinam sobie krótki telefoniczny panel dyskusyjny z kolegą Marcinem. Zbliżam się do Mroczy. Do miasta nie muszę wjeżdżać, gdyż ma ono piękną obwodnicę z drogą rowerową tuz obok. Od razu naszła mnie taka myśl: dlaczego w Radomsku tak nie można było zrobić? 
W Chrząstowie na 102 km tuż przed Nakłem nad Notecią zatrzymuje się aby uzupełnić zapasy płynów. Oczywiście nie mogę sobie odmówić lokalnej oranżady o smaku landrynkowym. Od jednego z klientów, który zainteresował się moją wyprawą dowiedziałem się, że jest 32 stopnie Celsjusza. Niby tego nie czuć bo jest dość silny wiatr. Jest jednak potwornie parno i duszno. 
Wjeżdżam do Nakła. Początkowo nic nie wskazywało na komplikacje. Jechałem przecież zgodnie z oznaczeniami. A jednak w pewnym momencie orientuje się, że za chwilę wyjadę na DK 10. Od pracownika komisu dowiaduje się, że jeśli chcę jechać na Kcynię to muszę zawrócić i pojechać w kierunku rynku przez przejazd. Jak stwierdził mój rozmówca kiedyś przed przejazdem było, ale jak wybudowali obwodnicę. I tu padło niecenzuralne słowo. Pojechałem według wskazówek. I udało mi się wyjechać z Nakła. Tyle, że przez głupotę drogowców musiałem nadrobić kilka kilometrów. Nie omieszkałem powiedzieć tego jednemu z drogowców, który akurat ustawiał jakiś znak. Przy wyjeździe z Nakła ładny kawałek ścieżki rowerowej. Na 110 km tuż za Nakłem zatrzymuje się, aby znów wpompować trochę powietrza do przedniego koła. Robi się trochę chłodniej. Wyraźnie zbiera się na burzę. W Kcyni odwiedzam Urząd Miasta celem podbicia książeczek PTTK. Panie urzędniczki zapewniają mnie, że zaraz będzie lać. Nic z tego, drogie panie. Spada zaledwie kilka kropel. A ja spokojnie z drogi wojewódzkiej skręcam na Wapno i Damasławek. Teren staje się lekko pagórkowaty. W Wapnie na 143 km po raz kolejny uzupełniam płyny. Docieram na Damasławku. Skręcam w drogę wojewódzką na Żnin. Odcinek niby tylko nieco ponad 15 km. Ale fatalny. Nie dość, że remontowany to, jeszcze dziurawy jak najlepszy ser szwajcarski. Nie ma co ukrywać koszmarny fragment. Na szczęście udaje mi się go pokonać. W końcu docieram do Żnina. Jeszcze tylko kilka kilometrów i dojeżdżam do Podgórzyna, który będzie stanowił przez najbliższe dni moją bazę wypadową. Patrzę na licznik. Wskazuje 172 km. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz