wtorek, 9 maja 2017

Zimna Wódka, trzy zamki i Góra św. Anny

Trochę inaczej miał ten etap wyglądać. Głównym celem miał być Skansen Taboru Kolejowego w Pyskowicach. W sprawie odwiedzenia tego miejsca pod koniec kwietnia wysłałem stosownego maila. Do dziś nie dostałem odpowiedzi. Wczoraj podjąłem jeszcze próbę kontaktu telefonicznego z przedstawicielami Stowarzyszenia, które opiekuje się Skansenem. Niestety również bezskuteczną. Cóż widać, że członkowie Stowarzyszenia wola marnować czas na jarmarczne spory niż na kontakty z turystami. 
Wcześnie rano ruszyłem w kierunku Pyskowic. Na pierwszych kilometrach ręce tak mi zmarzły, że zacząłem żałować, iż nie zabrałem zimowych rękawic. 
Pomimo przenikliwego zimna jechało mi się całkiem znośnie, nawet biorąc pod uwagę fakt jechania ruchliwą DK 94. Po przekroczeniu granic województwa opolskiego okazuje się, że większość miejscowości ma tam podwójne nazewnictwo. 
Pierwszy dłuższy postój mam w miejscowości Ujazd. Tam podziwiam ruiny zamku biskupów wrocławskich. Poznaje również miejscowego włodarza. Tuż za miejscowym magistratem skręcam w prawo. Jeszcze tylko Stary Ujazd i oto jest - Zimna Wódka.


Miejscowość sprawia wrażenie uśpionej. Na szczęście jest tam sklep gdzie można zrobić zakupy. Jest też miejscowy LZS, który nie najlepiej radzi sobie w opolskiej B klasie. Tylko dziewięć punktów zdobytych i ponad sto bramek straconych. Ostatnio jednak gracze z Zimnej Wódki wygrali na wyjeździe z LZS Rożniątów 6:4. 
Dalej jadę sobie w kierunku Leśnicy. Wyjeżdżając z tej miejscowości czeka mnie kilka kilometrów podjazdu do miejscowości Góra św. Anny. Po drodze zwiedzam Muzeum Czynu Powstańczego, gdzie przypominam sobie historię trzech Powstań Śląskich. Odwiedzam również Pomnik Powstańców Śląskich. 


Przejeżdżając na autostradą A4 ruszam w kierunku Strzelec Opolskich. Sprawnie docieram do centrum. W magistracie od sympatycznych pań z Referatu Inicjatyw Gospodarczych i Promocji otrzymuję dwie mapy, pina z nazwą miejscowości oraz smycz. W parku podziwiam okazałe ruiny zamku. Z bannerów wiszących na murach wynika, że są plany jego odtworzenia. Oby kiedyś doczekały się one wcielenia w życie. 


Pozostał mi jeszcze jeden obiekt do zwiedzenia. Ruszam zatem wyjątkowo spokojna DK 94 do Toszka. Tam znajduje się kolejny zamek, który chciałem zwiedzić. Po dostaniu się na dziedziniec zamkowy próbuję zasięgnąć języka czy choćby na basztę można wejść. Widok z niej pewnie piękny. 


Nieco zdezorientowany trafiam do pań z działu marketingu. Siedzące za biurkami dwie matrony informują mnie, że mogę wejść za półgodziny bo koleżanka właśnie oprowadziła wycieczkę szkolną, zgasiła światła i zamknęła obiekt. Zdumiony pytam czy to aż tyle musi trwać. Wywiązała się mało przyjemna rozmowa. Kto mnie zna ten wie, że ciśnienie mi nieźle skoczyło do góry. 
Koniec, końców na basztę nie wszedłem. Musiałem się zadowolić deserem lodowym w zamkowej kawiarni. 
Tak już na spokojnie. Gdybym ja był szefem placówki to za takie traktowanie turystów obie panie z hukiem wywaliłby z pracy. Nie mieści mi się w głowie, że przejście 100 metrów musi zająć aż pół godziny. Dobrze nie wracam do tego bo znów się zdenerwuje.   
Przy rynku zatrzymuje się w restauracji gdzie jem pyszne risotto oraz rozgrzewam się herbatką. Aby uniknąć przebijania się DK 94 jadę bocznymi drogami. Niestety w Księżym Lesie popełniam błąd przez co muszę nadrobić kilka kilometrów. czas mam jednak dobry więc nie ma tragedii. W Tarnowskich Górach jest jeszcze jeden zamek do zwiedzenia. Niestety już zamknięty i jego zwiedzanie muszę odłożyć na inny raz. 
Na mecie okazuje się, że przejechałem 131 km czyli podobnie jak wczoraj. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz