poniedziałek, 8 maja 2017

W Muzeum Chleba w Radzionkowie

Szaro, buro i ponuro wyglądał wczesny poniedziałkowy poranek. Aż nie chciało się wstawać. Jednak zaplanowana wyprawa rowerowa przecież musi się odbyć. Stąd mimo fatalnej aury o 5:15 ruszyłem w pierwszą tego roku kilkudniową wyprawę rowerową. 
Nie będę ukrywał, że początkowo jechało mi się koszmarnie. Wolne tempo było spowodowane nie tylko faktem, że jeszcze na dobre się nie obudziłem i mięśnie nie weszły na właściwe obroty ale również mżawką oraz dokuczliwym wiatrem. I tak sobie jechałem ślimaczym tempem w kierunku Nowej Brzeźnicy a dalej w kierunku Kłobucka. Ku mojej radości w okolicach miejscowości Ostrowy zaczęło się wypogadzać a zza chmur nieśmiało zaczęło wyglądać słoneczko. Niestety wiatr nie zamierzał odpuszczać. Tak mi towarzyszył mniej więcej do okolic Blachowni gdzie zrobiło się całkiem przyjemnie. W miejscowości Kopalnia na 70 km w miejscowym spożywczaku robię przerwę na zakupy. Choć godzina była bardzo wczesna bo ledwie kilka minut po 9:00 przed sklepem już zebrało się kilku autochtonów, którzy przy złocistym trunku "wracali do żywych", podsumowując weekendowy udział w weselu. W Rększowicach na 77 km robię drugą pauzę. Awizuję swoją obecność w Muzeum Chleba. Ruszam dalej. Na 93 km odbieram telefon od mojego operatora, który dobijał się do mnie od bladego świtu. Oczywiście miał dla mnie tę samą ofertę, którą przedstawił mi nie dalej jak w sobotę. Za kawałek znów telefon. Czy to znów operator? Nie tym razem to Danuta, z którą krótko omawiam weekendowy rajd rowerowy, w którym niestety nie mogę wziąć udziału. 
Im bliżej Tarnowskich Gór, tym ruch kołowy coraz większy. Tuż przed Miasteczkiem Śląskim przekraczam magiczne dla niektórych 100 km. Kurcze to dopiero trzecia w tym roku przekroczona stówka. Docieram do Tarnowskich Gór. Jadę główną drogą bo z ostatniej wizyty na tym terenie pamiętam, że to z niej jedzie się do Muzeum Chleba w Radzionkowie. Nie myliłem się. Jest pierwszy znak informacyjny. Od miejsca docelowego dzieli mnie 8 km. Dobre oznaczenie sprawia, że nie muszę kluczyć po Bytomiu, tylko sprawnie docieram do Muzeum Chleba. Samo miejsce zostało stworzone przez pana Piotra Mankiewicza, którego miałem przyjemność osobiście poznać. 


Wspólnie z założycielem Muzeum robimy plecionkę w kształcie serduszka, którą później ze smakiem zjadam. W samym obiekcie oprócz akcentów związanych z chlebem możemy znaleźć setki przedmiotów codziennego użytku, które dawno temu były używane przez naszych dziadków. Co ciekawe niektóre z nich dziś mają swój renesans, oczywiście w unowocześnionej wersji. 
Blisko 1,5 godziny w Muzeum mija mi bardzo szybko. Po 14:00 ruszam w powrotem do Tarnowskich Gór. Tam oczywiście tradycyjnie trochę pokluczyłem zanim trafiłem do mojej bazy noclegowej. Na miejscu licznik pokazał 134 km.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz