Ożarów - dworek "zatrzymany" na znaczku pocztowym

Koniec czerwca zbliża się wielkim krokami. Trzeba więc zabrać się za realizację planów rowerowych wypraw opracowanych jeszcze w grudniu ubiegłego roku. Wczesnym rankiem ruszyłem w kierunku zachodnim. Moim pierwszym celem był Wieluń. Miasto, które jako jedno z pierwszych ucierpiało 1 września 1939 roku. Droga trochę się dłużyła, ale pokonałem ją bardzo sprawnie. Robią jedynie krótki postój za Działoszynem. 
Tuż po 9:00 docieram do Wielunia. Kieruję się w stronę Muzeum Ziemi Wieluńskiej. Sympatyczny personel Muzeum podpowiada mi jak dotrzeć do Ożarowa oraz gdzie znajduje się obelisk upamiętniający miejsce, w którym Niemcy 1 września 1939 roku zrzucili bomby na szpital. Z jednym z pracowników ucinam sobie krótki panel dyskusyjny o tematyce rowerowej. Przy okazji pytam czy profesor Tadeusz Olejnik żyje. Okazuje się, że tak i ma się całkiem dobrze. Stare studenckie czasy mi się przypomniały. 


Miło się rozmawiało, ale trzeba było ruszać w dalszą drogę. Przez Krzyworzekę i Mokrsko docieram do Ożarowa. Miejscowy dworek to kolejny punkt mojej wyprawy. Byłem tam z 10 lat temu. Dworek po raz kolejny mnie zachwycił. Na miejscu okazało się, że mogę go zwiedzić korzystając z e-booka, dzięki któremu dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy zarówno o historii dworku, jego mieszkańcach jak i o samym, wystroju. 


Ciekawostka jest fakt, że dworek w Ożarowie niemal 20 lat temu został umieszczony na znaczku pocztowym o nominalne 1.10 PLN. W ożarowskim dworku można by zostać na dłużej, ale trzeba jechać dalej. Po kilkunastu kilometrach docieram do Bolesławca. Znajdują się tam ruiny zamku kasztelańskiego. W zasadzie dobrze zachowana jest tylko baszta. Ale w sumie dobre to niż nic. 


Od Bolesławca jest zaledwie kilkanaście km do miejscowości Jankowy. Większości z Was nazwa miejscowości nic nie mówi. W latach 90-tych minionego stulecia był tam bardzo silny zespół grający w rozgrywkach III ligi. Potykał się on m.in. z RKS Radomsko. Miejscowi kibice pewnie i tak do dziś wspominają meczu Pucharu Polski z 2000 roku. Wówczas miejscowy LKS po golu nieżyjącego już Leszka Rusieckiego pokonał GKS Katowice, eliminując go z dalszych gier. Skrót, który sobie wybrałem okazał się niezbyt fortunny. Na jednym z odcinku remontowana jest droga. Ale nic to. W końcu Gwidon przecież przejedzie. Bez większych problemów dotarłem do Jankowych, które okazują się prawdziwym zagłębiem stolarskim. Przejechałem całą miejscowość a stadionu miejscowego LKS nie znalazłem. Na końcu wsi w jednym z zakładów pytam o obiekt LKS. Po szczegółowych instrukcjach bez problemu docieram na miejsce. 


Obiekt niczym specjalnym się nie wyróżnia. Ale to właśnie tu był kiedyś mocny klub piłkarski. Dziś z czasów świetności pozostały jedynie wspomnienia.
W drodze powrotnej zgodnie z przyjętymi założeniami w Bolesławcu skręcam na Byczynę. Jestem ciekaw jak wygląda miejscowy rynek. Po dotarciu na miejsce utwierdzam się w przekonaniu, że podjąłem słuszną decyzję. Rynek z urokliwymi wąskimi uliczkami zachęca do spacerów.


Zmęczony długą drogą zatrzymuję się z jednym z lokali. Posilam się pizzą i z żalem ruszam dalej. Jadę na Praszkę. Za 190 km dopada mnie lekki kryzys. Stąd trzeba częściej robić przystanki. Głownie na uzupełnienie płynów. Droga trochę się dłuży. Kilometry na liczników leniwie przeskakują. W końcu docieram do Działoszyna. Jeszcze tylko postoje w Pajęcznie i Nowej Brzeźnicy i dojeżdżam do domu. Licznik wskazuje 266 km przejechanych km. Nieźle - w końcu to będzie drugi wynik pod względem długości trasy pokonanej jednego dnia. 

Komentarze