piątek, 7 sierpnia 2015

Zamknąć za sobą drzwi...

Rowerowe wspomnienia - odcinek (20)
23 lipca 2015
Od dłuższego czasu planowałem wyprawę do Sandomierza. Oczywiście nie taką jednodniową. Plan przewidywał trzy dni. Dwa oczywiście zajmowała podróż do i z Sandomierz. Jeden dzień zarezerwowałem na zwiedzanie wielu ciekawych miejsc, których w okolicach Sandomierza nie brakuje. Po kolei...
Po przejechaniu prawie 213 km jestem u celem w pięknym mieście Sandomierz. Atak na Sandomierz nastąpił we wczesnych godzinach rannych a w zasadzie bladym świtem o 4:20. Rześkie powietrze sprawiało, że kolejne km mijały dość szybko. Nim się dobrze rozkręciłem już byłem przed Końskimi na leśnym postoju. Lekkie śniadanie i w drogę. Od mniej więcej setnego km zaczęło grzać niemiłosiernie. Za Starachowicami na 135 km dopada mnie kryzys. Nie ma się co forsować. Zdrowie ważniejsze. Wypatruję jakiegoś małego, wiejskiego sklepiku. Wybór pada na niewielki punkt handlowy pani Lucyny w miejscowości Styków. Odpoczynek na 140 km jak najbardziej wskazany, tym bardziej że kończyło mi się picie. Sprzedawczyni oraz jedna z klientek niesione ciekawością pytają skąd i dokąd jadę. Udzielone przeze mnie odpowiedzi wywołują zdziwienie ale i podziw dla mojej podróży. Po zakupieniu niezbędnych produktów wychodzę przed sklep celem zasilenia organizmu. W międzyczasie tak, tak Mateusz pojawił się przedstawiciel "miejscowego elementu". Jegomość okazał się nad wyraz interesującą postacią. "To pański rower. Prawda?". Tak odpowiadam. Na to mój rozmówca "Wiedziałem! U Nas nikt takiego nie ma". Nawiązała się krótka pogawędka, z której dowiedziałem się m.in. że nie ważne jakie piwo się pije. Ważne aby było mocne Emotikon wink Już miałem się zbierać do odjazdu gdy spożywający złocisty trunek jegomość niczym starożytny celtycki druid spojrzał w niebo i mówi: "niech pan poczeka zaraz będzie padać". Patrzę w górę, niby chmury się zbierają, ale trzeba ruszać dalej. Pożegnałem się. I... Przejechałem może kilometr a tu istne oberwanie chmury. Dobrze, że w sukurs przyszedł mi przystanek PKS i mogłem się schronić. Ulewa jak szybko się pojawiła tak szybko zniknęła. Ruszam więc dalej. Kończy się DK 42, skręcam w prawo w DK 9. To było szaleństwo. Igranie z losem. Przy pierwszej okazji uciekam z tej drogi pospiesznie. Wjeżdżam do Ostrowca Świętokrzyskiego. Przejechanie tego miasta to karkołomne zadanie. W końcu przebiłem się w okolice dworca PKS. Jestem już spokojny. Stąd już wiem jak jechać. Ku mojej radości pojawia się ścieżka rowerowa, którą jechałem ładne parę kilometrów. Dojeżdżam do Ożarowa. Od Sandomierza wyraźnie zbliża się burza. Na 186 km zatrzymuje się. Robi się groźnie. Na chwilę przestaje więc ruszam dalej. Za dwa kilometry mówię pas. Nie ma co igrać z żywiołem. Wyłączam telefon. Zabezpieczam wszelkie metalowe przedmiotu i robię pauzę na przystanku PKS. Trwała ona ponad godzinę. Wreszcie deszcz i grzmoty ustają. Ruszam więc dalej. Wszak jestem już niemal u celu. Pojawiają się sady owocowe a to znak, że do Sandomierza tuż, tuż. W Chwałkach na 202 km znów zbierają się burzowe chmury. Na 205 km pojawia się tabliczka z napisem SANDOMIERZ. Ale do mojego miejsca noclegowego jeszcze kawałek. A tu jeszcze podjazd o nachyleniu 6%. Ostatkiem sił wjeżdżam. Przejeżdżam przez Wisłę. Już mam skręcać w prawo w Portową gdzie mam zamówiony nocleg a tu nagle... Niespodziewane uderzenie pioruna. Nie wiem w co uderzył czy w krzyż stojącego tuż obok drogi Kościoła czy też w linię energetyczną. Na chwilę zamarłem. Ale na szczęście nic mi się nie stało. Dojeżdżam do miejsca docelowego. Licznik wskazuje blisko 213 km...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz