Wietrzny trip do Drawska Pomorskiego

Pochmurny i niestety dość wietrzny poranek nie zwiastował szybkiej jazdy na dzisiejszym etapie. Po śniadaniu można było ruszać w trasę. Plan nie był zbyt skomplikowany. Pokonać odcinek do Drawska Pomorskiego. Mapa jasno pokazywała, że momentami może być ciężko, zwłaszcza tuż przed samą metą. Pierwsze kilometry to oczywiście jazda autostradą rowerową. Jechało się przyjemnie choć nie było tak różowo bo podjazdy się zdarzały dość często. Narzekać jednak nie miałem zamiaru. W końcu cały czas jechałem drogą rowerową odseparowaną od ruchu kołowego. I tak sobie dojechałem do Pełczyc. Następnie ruszyłem na kolejny fragment trasy wiodący do Choszczna. Nie muszę wspominać, że jechałem piękną drogą rowerową. Przy dawnej stacji Lubiana zatrzymuję się na postój przy niewielkim skansenie kolejowym. 


Nieoczekiwanie autostrada rowerowa urwała się w okolicach torów kolejowych na przedmieściach Choszczna. Ot nastąpiła zmiana na szutrówkę. Na szczęście ten odcinek nie był zbyt długi i w mieście już pojawiły się na niektórych odcinkach drogi rowerowe. Na rogatkach miasta robię zakupy i ruszam dalej. Droga rowerowa skończył się w Pakości. Dalej jechałem marną ale jednak drogą asfaltową do Sławęcina. Tam i to się skończyło. Zaczął się bardzo trudny odcinek polnej drogi, która niestety momentami była piaszczysta. A potem pojawiły się płyty, jakże dobrze mi znane w okolic Rowów. Wyjścia nie było. Należało pokonać te kilka kilometrów. W końcu pojawił się asfalt i taką lokalną drogą dojechałem do DK 10. Tam znów przywitała mnie piękna droga rowerowa. Dojechałem nią do Wapnicy. Tam musiałem skręcić w lokalną drogę wiodącą do Dobrzan. Ta miejscowość sprawiła na mnie przygnębiające wrażenie takiej typowej miejscowości gdzie w minionym systemie był pewnie jakiś rolniczy kombinat. Za to przy wyjeździe z zauważyłem, że robią drogę rowerową. A po przejechaniu niewielkiego odcinka mogłem wskoczyć na nowiusieńką, jeszcze nie oddaną do użytku autostradę rowerową. I znów spokojnie można było dojechać do Ińska. Ta niewielka miejscowość z pięknym jeziorem sprawiała wrażenia wymarłej. Przy samym jeziorze wszystko pozamykane. Słabiuteńko to wyglądało. Nie było sensu się zatrzymywać. Kolejnym odcinkiem drogi rowerowej dojechałem sobie do DK 20. Przeciąłem krajówkę i lokalną drogą dotarłem do stacji kolejowej Wiewiecko. Tam niestety brak oznakowania szlaku. I trzeba było wspomóc się nawigacją. W kolejnej miejscowości Brzeźniak znów brak oznaczenia i zamiast w drogę pożarową pojechałem prosto. Na szczęście szybko się zorientowałem, że źle jadę. Leśny fragment od Brzeźniaka do miejscowości Krzynno to jakiś dramat. Nie dość, że nie ma żadnego oznaczenia to jeszcze droga fragmentami koszmarna. Było na tyle źle, że momentami trzeba było pchać rower. Na szczęście tych kilometrów nie było zbyt dużo. W Krzynnie znów pojawił się asfalt. Praktycznie byłem już bardzo blisko Drawska Pomorskiego. Od Małego Jankowa droga do Drawska Pomorskiego świeżo po remoncie. Niestety zamiast drogi rowerowej po obu stronach jezdni koszmarne kruszywo. Pomyślałem, że miejscowi włodarze pewnie brali przykład z Powiatu Radomszczańskiego. Kiedy dojechałem do Drawska Pomorskiego przeraziłem się. Wszystko pozamykane od informacji turystycznej na lokalach w rynku kończąc. Nie było wyjścia trzeba było poszukać czegoś innego. W ten sposób trafiłem do niewielkiego baru Karola Gotuje. Zamówiłem sobie obiad. Był po prostu pyszny. Jutro z samego rana zamelduje się tam na śniadanie. 

Komentarze