Wczoraj wspominałem, że są miejsca, do których z pewnością nie wrócę. Nie przypuszczałem, że przyjdzie mi to napisać o miejscowości Sława, którą dziś wizytowałem. Założenia planu na dziś nie były wybitnie skomplikowane. Zdecydowana większość dzisiejsze etapu przebiegała po danej linii kolejowej. Szlak zaczyna się w Stypułowie, a kończy kawałek za Kolskiem. Ruszyłem dość wcześnie rano aby uniknąć jazdy w zbyt dużym słońcu. Pierwszy odcinek do Otynia wiódł bardzo dobrze mi już znaną trasą. W końcu pokonywałem go trzeci raz w ciągu ostatnich dni. Od Otynia jechałem dalej autostradą rowerową w kierunku miejscowości Konotop. Jechałem to za mało powiedziane. Po prostu chłonąłem kolejne kilometry delektując się piękną drogą rowerową. W sumie po tej autostradzie rowerowej przejechałem około 40 kilometrów. Jak się pewnie domyślacie za łatwo to jednak nie mogło być. Z Konotopu trzeba było jechać drogą wojewódzką. A na niej szaleństwo. Stąd jeszcze przed Lubiatowem trzeba było się ewakuować na szlak wokół Jeziora Sławskiego. Cudów się nie spodziewałem, ale że będzie tak źle też nie. Momentami było mocno piaszczyście, ale jeszcze bez dramatu. W samej Sławie szlak prowadzi wprost na ruchliwą drogę wojewódzką. Nie ma co jakiś geniusz musiał zza urzędniczego biurka to projektować. Zajeżdżam nad jezioro bo nazwa szlaku jest tylko z nazwy. Jeziora z niej praktycznie nie widać. Zatrzymuję się przy jednym z wielu lokali. Lemoniady sami nie robią tylko sprzedają tę, którą można kupić w każdym sklepie. Ceny lodów? Wyższe niż nad morzem. Nic tylko uciekać. Przyjeżdżam przez miasto. Kieruję się na drugą stronę jeziora. Początkowo trasa wokół jeziora wydaje się być dużo lepsza. Chcąc uniknąć jazdy drogą wojewódzką odbijam na szlak rowerowy Lubuska Pętla Rowerowa. I szczerze mówiąc nie wiem kto to projektował. Nie chcę się znów denerwować. Napiszę jedynie, że szlak jest tak fantastyczny, że dobre dwa kilometry trzeba było rower pchać. Piachu było tyle, że nie dało się jechać. Po prostu dramat. Taka myśl mnie naszła, że tego geniusza, który to zaprojektował trzeba byłoby oderwać od urzędniczego biurka i kazać mu choć jeden dzień zasuwać tym odcinkiem. Może by zrozumiał co zafundował turystom. Kiedy wydostałem się z tego koszmarnego odcinka nawierzchnia choć szutrowa pozwalała na normalną jazdę. Potem na chwilę pojawił się nawet asfalt. W końcu udało mi się z powrotem wjechać na szlak po dawnej kolei, którym jechałem przed południem. Krótko mówiąc. Skończyła się moja gehenna. Można było ponownie delektować się jazdą. Umęczony tymi piaszczystymi fragmentami w Lubięcinie odbijam do zajazdu na pierogi. Szybki obiad i dalej w drogę powrotną. Upał był już srogi toteż trzeba było robić częstsze przystanki. Jeden z nich robię przy dawnej stacji w Lipinach. Budynek dawnego dworca został przerobiony na lokal, w którym można zjeść lody czy napić się czegoś chłodnego. Oczywiście nie omieszkałem zatrzymać się na moście na Odrze. Przejazd nim robi wrażenie, podobnie jak sama konstrukcja.
Po przejechaniu mostu mam jeszcze tylko kilka kilometrów do Otynia. Tam nie jadę przez miasto tylko tak jak szlak prowadzi. I znów zatrzymuję się przy dawnym budynku dworca, gdzie też jest lokal. Jest też figurka Bachusika, który zwie się Cyklistus. Widać, że lokalni włodarze mają pomysł na zagospodarowanie dawnych dworców. Nic tylko przyklasnąć takim inicjatywom. Przy wyjeździe z Otynia zatrzymuję się na miejscu postoju dla rowerzystów, gdzie trójka młodych ludzi sprzedaje lemoniadę. Oczywiście dorzuciłem się skromnie do ich inicjatywy. W Niedoradzu robię ostatnią przerwę na uzupełnieni płynów i spokojnie dojeżdżam sobie do dzielnicy Drzonków w Zielonej Górze.
Komentarze
Prześlij komentarz