Zamkowy tour z Sandomierza do Baranowa Sandomierskiego

Plan na dziś był prościutki. Ruszam rano w stronę Tarnobrzegu i dalej na Baranów Sandomierski. Niebo niby było zasnute chmurami ale wbrew pozorom było ciepło. Chwilkę przed ósmą ruszam boczną drogą w stronę Tarnobrzega. Dość szybko wyjechałem w dzielnicy Wielowieś. Od ostatniej wizyty w tym miejscu minęło kilkanaście lat. Przypomniałem sobie jednak, że już wtedy Tarnobrzeg był znakomicie przygotowany pod względem rowerowym. Wszędzie drogi dla rowerów lub ciągi rowerowo-piesze. Stąd niczym po sznurku jechałem sobie w miejsce gdzie przed laty była kopalnia siarki a dziś jest zalew czy jezioro jak kto woli. To miejsce też bardzo się zmieniło. Do tego jednak jeszcze wrócę. Rowerowe eldorado skończyło się tuż za Jeziorem Tarnobrzeskim. Przede mną był najgorszy fragment czyli dojechanie do zamku w Baranowie Sandomierskim. Jazda główną drogą to igranie z życiem. Jadę więc bocznymi drogami. Niewiele mi to dało bo wyjechałem w Nagnajowie. Tam znów jazda osiedlowymi uliczkami, przejście przez tory kolejowe i jestem przy węźle w Nagnajowie. Oczywiście żadnej infrastruktury dla pieszy czy rowerzystów. Nie ma wyjścia. Trzeba zaryzykować, wyczekać moment i przebić się na drugą stronę. Jeszcze kawałek prowadzenia roweru wzdłuż mega ruchliwej drogi i można uciec w boczną drogę. Ale nie na długo bo znów wyjeżdżam przy ruchliwej drodze wojewódzkiej gdzie kierowcy jadą na złamanie karku. Na szczęście po mniej więcej stu metrach można odbić szutrową drogą i nią dojechałem do rogatek Baranowa Sandomierskiego. Jest chodnik więc ryzykując mandat ruszam w stronę zamku. Niestety przez komplikacje drogowe nie zdążyłem na zwiedzanie. Na kolejne muszę czekać blisko godzinę. Robię więc jedynie rundę po parku. Robię też pauzę na kawę i sernik. 


W drodze powrotnej zatrzymuję się w magistracie. Sympatyczna pani w obsługi petentów pozwala mi zostawić mój rowerem w środku budynku. W sekretariacie pytam o włodarza. Ku mojemu zaskoczeniu pan burmistrz wyszedł do mnie. Okazało się, że nazywa się tak samo jak prominentny działacz Polskiego Stronnictwa Ludowego, który aktualnie jest bodaj wicewojewodą łódzkim. Trochę żalę się burmistrzowi na braki w infrastrukturze rowerowej. Szans na poprawę nie ma za dużych. Rozmowa jednak była bardzo sympatyczna. Pan burmistrz polecił mi dwa miejsca warte odwiedzenia. Oczywiście dziś nie da rady ich odwiedzić, ale być może kiedyś. 
Po miłej rozmowie ruszam w drogę powrotną. Na szczęście bez większych problemów udało się pokonać najtrudniejsze fragmenty trasy. Kiedy wyjechałem przy jeziorze od razu musiałem się zatrzymać na uzupełnienie płynów. Rozmawiając z fanem tarnobrzeskiej Siarki zwracam uwagę jak bardzo zmieniło się to miejsce. Kilkanaście lat temu poza drogą rowerową była maluteńka plaża i może jedna budka z czymś do jedzenia. Teraz jest tego bardzo dużo. Do tego miejsca pola namiotowe, wypożyczalnie sprzętu wodnego. Po odpoczynku pod palmami można było jechać dalej. Przy parkingu zatrzymuję się jeszcze na lody. 


Kiedy ruszam w stronę centrum napotykam na grupę uczestników Rajdu Koguta, który w tym roku pokonuje trasę z Oławy do Zamościa. Trochę żałuję, że nie udało mi się natknąć na Romana Wielkopolskiego i Staszka Handlarza. Przejeżdżając przez Tarnobrzeg zastanawiam się jak będzie wyglądał odcinek przy wjeździe do Sandomierza. I wygląda on fatalnie. Żadnej ścieżki rowerowej czy choćby ciągu rowerowo-pieszego. Muszę więc jechać maleńkim poboczem. Dopiero przy moście pojawia się droga rowerowa. Dojeżdżam do ulicy Browarnej i tam trzeba pod górkę prowadzić rower. A na rynku obiad, potem zwiedzanie Muzeum, w którym są figury głównych bohaterów serialu Ojciec Mateusz. Oczywiście odwiedzam jeszcze zamek, którego nie udało mi się zwiedzić wczoraj. Ołowiane chmury sprawiają, że nie zatrzymuję się na Festiwalu WinaSera tylko śmigam do miejsca noclegowego. Jeszcze tylko małe zakupy po drodze i śmigam na ulicę Portową. Kiedy dojeżdżam na miejsce zaczyna lać. 

Komentarze