Co roku trafiają mi się wyprawy rowerowe, których nie planowałem. Nie inaczej jest i tego lata. Jeżdżąc po dawnym województwie elbląskim wykiełkował mi pomysł aby pojechać w zachodniopomorskie i sprawdzić jak wyglądają tamtejsze tak zachwalane trasy rowerowe. Część z nich znam, ale nie jest tego znowu aż tak dużo. Późno zabrałem się za organizację tej wyprawy, ale o dziwo udało się zorganizować bilety na przewóz roweru co u mnie jak wiadomo jest kluczowe. Trzeba przyznać, że tym razem nasz krajowy przewoźnik punktualnie dowiózł mnie na miejsce. Kiedy wysiadłem na dworcu kolejowy Szczecin Dąbie wiedziałem, że kolorowo to nie będzie. Na niebie kłębiły się ołowiane chmury. Wyjścia jednak nie było. Należało ruszać w drogę. O ile przez Szczecin udało się w miarę zgrabnie przejechać o tyle przy węzłach z drogami szybkiego ruchu pojawiły się kłopoty. Najgorzej było między 12 a 14 kilometrem gdzie trzeba było momentami prowadzić rower tak piaszczysta była nawierzchnia. Kiedy wreszcie wydostałem się na drogę asfaltową ruszyłem w kierunku Chlebowa jadąc sobie spokojnie lokalną drogą. Tak sobie jechałem lokalnymi drogami aż na rogatkach miejscowości Gardno pojawiła się droga rowerowa. Co prawda jak szybko się pojawiała tak szybko zniknęła ale tuż przed Drzeninem ukazała mi się prawdziwa autostrada rowerowa. Nie przesadzę jak napiszę, że było tego z dziesięć kilometrów. Potem pojawiła się szutrówka, ale za jakieś cztery kilometry znów wjechałem na autostradę rowerową. Taka mnie zazdrość nie po raz pierwszy zresztą wzięła, że nasze łódzkie przy zachodniopomorskim wygląda wręcz tragicznie. Tak sobie śmigałem kolejnym pięknym fragmentem autostrady rowerowej aż nagle na 44 kilometrze dojechało mnie oberwanie chmury. Trwało ono może z kwadrans, ale ściana deszczu jaka spadła wystarczyła do tego, że byłem cały mokry. Kiedy ustało ruszyłem dalej. I oczywiście jak to zwykle bywa w takich przypadkach za jakieś pół kilometra ukazała mi się wiata dla rowerzystów. Oczywiście dla mnie była ona w tym momencie już zbyteczna więc ruszyłem dalej. Za chwilę znów zaczęło padać ale tym razem mniej intensywnie. W końcu deszcz ustał i można było jechać sobie drogą rowerową w kierunku Trzcińska Zdrój. Momentami było widać, że droga ma już swoje lata bo w wielu miejscach asfalt był powysadzany przez korzenie drzew. Jechać się jednak spokojnie dało. Tak sobie jadąc w raz drogą rowerową, za kawałek lokalną dróżką dojechałem do Trzcińska Zdrój. Miasteczko, które na przełomie XIX i XXX wieku było uzdrowiskiem sprawiało wrażenie wymarłego. Obraz mało zachęcający. Trochę szkoda bo niewielkie centrum z murami obronnymi wygląda całkiem fajnie. Wyjeżdżając z miasta wjeżdżam na kolejną autostradę rowerową. Tym razem nie jest to Blue Velo tylko rowerowa Trasa Pojezierzy Zachodnich. I znów mogłem pochłaniać kolejne kilometry autostrady rowerowej. Tak jadąc dojechałem w okolice Morynia. Zachęcony reklamą zjechałem na kawę i lody. Zwiedzanie Morynia zostawiam sobie na jutro. Patrząc na czas i to, że niewiele zostało mi do Cedyni, która była dziś moim miejscem docelowym podejmuję szybką decyzję, że część jutrzejszego etapu pokonam dziś. Utwierdziłem się w tym przekonaniu kilka kilometrów dalej kiedy okazało się, że do Cedyni i do mostu granicznego w Siekirkach mam mniej więcej tyle samo. Pojechałem więc na most graniczny w Siekierkach. Oczywiście nie przekroczyłem granicy z naszymi zachodnimi sąsiadami. Za to na chwilę przysiadłem się do profesora Władysława Bartoszewskiego, który ma tam swoją ławeczkę.
Przy okazji chwilę rozmawiam z sympatycznymi paniami, które w pobliżu urządziły sobie piknik. Po panelu dyskusyjnym ruszam z powrotem. Przy głównej drodze, które ewidentnie jest świeżo po remoncie odbijam w lewo na Cedynię. Na drodze na szczęście ruch mały, stąd spokojnie dojeżdżam w okolice Osinowa Dolnego. Tam znajduje się najdalej wysunięty na zachód punkt naszego kraju.
Kiedy wjechałem do centrum Osinowa Dolnego zwyczajnie się przeraziłem. Wszędzie niemieckie szyldy. Zacząłem się nawet zastanawiać czy przez przypadek nie wjechałem do Niemiec. Ale nie. W pewnym momencie pojawił się drogowskaz, że do Niemiec to kilometr w lewo. Nie mniej jednak przeraziło mnie to co zobaczyłem w Osinowie Dolnym. Czym prędzej ruszyłem w stronę Cedyni. Kilka kilometrów przed nią oczywiście zatrzymałem się na Górze Czcibora. To niewielkie wzniesienie, do którego prowadzi 270 schodów nawiązuje oczywiście do legendarnej bitwy pod Cedynią z 972 roku.
Od wzgórza Czcibora mam jeszcze około trzech może czterech kilometrów do Cedyni. Po przejechaniu niewielkiego kawałka drogą główną wskakuję na kolejną drogę rowerową. Warto nadmienić, ze widać, iż będzie ona rozbudowywana. Widać bowiem jej zarys w okolicach Góry Czcibora. Po dojeździe do Cedyni zostawiam rzecz w miejscu gdzie nocuję i ruszam na krótki rekonesans tego niewielkiego miasteczka.
Komentarze
Prześlij komentarz