Starym traktem kolejowym do Kołobrzegu

Wstępne wyliczenia jasno wskazywały, że dzisiejszy etap będzie liczył grubo ponad 140 kilometrów. A to oznaczało jedno. W Kołobrzegu na pewno zrobię rundę aby przekroczyć magiczne 150 kilometrów. Nieco zrażony do trasy R 20 w okolicach Drawska Pomorskiego postanowiłem, że odcinek do Złocieńca pokonam lokalnymi drogami. Zanim jednak na dobre wyruszyłem w trasę udałem się na śniadanie do lokalu, w którym wczoraj jadłem pyszny obiad. Po posiłku można było ruszać w trasę. I pierwsze kilometry dały mi nieco popalić. Cały czas pagórki, na których można było się zmęczyć. Do Gudowa jechałem drogą rowerową a potem aż do Złocieńca jedyną lokalną drogą. Niestety przed Złocieńcem zaczęło dość mocno padać. Wyjścia jednak nie było. Trzeba było jechać. Po dotarciu do wspomnianego Złocieńca w miarę szybko odnalazłem trasę R 15 wiodącą dawnym szlakiem kolejowych. Do pewnego momentu trasa ta łączy się z R 20. Dopiero na rogatkach miasta trasy się rozłączają. Jedna prowadzi na Drawsko Pomorskie. Druga zaś na Połczyn Zdrój, w którym planowałem mały postój. Na szczęście przestało padać, więc mogłem delektować się piękną drogą rowerową. Niby są fragmenty wymagające remontu, ale w łódzkim to nawet o takich drogach rowerowych to można jedynie pomarzyć. Tak sobie jechałem około 30 kilometrów. Wreszcie dojechałem do drogi głównej i na chwilę musiałem zjechać ze szlaku. Trasa R 15 tak prowadzi, że omija Połczyn Zdrój a warto do tego niewielkiego miasteczka zajechać. Warto choć na chwilę podjechać do Parku Zdrojowego. Skoro jestem przy tym temacie to trzeba zaznaczyć, że w tym roku miasteczko odchodzi stulecie od chwili kiedy do nazwy Połczyn dodano człon Zdrój. We wspomnianym parku spotykam innego miłośnika turystyki rowerowej, który prowadzi na You Tubie kanał Historyk na rowerze. Troszkę rozmawiamy a potem ruszamy dalej realizować swoje plany. 


Z uwagi na fakt, że znów zbierało się na deszcz zatrzymuję się w kawiarni w sanatorium Marta. Choć dla mnie to zawsze będzie Dąbrówka. Wszak taką nazwę nosiło ono jeszcze na przełomie lat 80-tych i 90-tych minionego stulecia. Zawsze je miło wspominam choćby z uwagi na kolonijny pobyt, który miał tam miejsce ponad 30 lat temu. Kawa, sernik i lody sprawiły, że ciężko było się ruszyć dalej w trasę. Na szczęście przestało padać. Podjeżdżam jeszcze w okolice Browaru Połczyn, który to z kolei w ubiegłym roku świętował swoje dwusetne urodziny. 
Zerkam na zegarek i okazało się, że krótkiej wizyty zrobiło się półtorej godziny. Trzeba więc wracać na szlak. Do Wardynia Górnego mam jeszcze drogę rowerową. Potem trzeba odbić w prawo na lokalną drogę. I tak do samego Białogardu. Praktycznie przez cały ten odcinek jadę z dwa innymi cyklistami z Puszczykowa. Jeśli to możliwe trochę rozmawiamy. Pokonujemy też podjazd w miejscowości Rąbino, który potrafi zmęczyć. Niestety dalej droga staje się bardzo wąska i mało bezpieczna. Na domiar złego od strony Białogardu nadciągały ołowiane chmury. W końcu pojawił się Białogard. Ostatnio jak tam byłem nie było tam żadnej infrastruktury rowerowej. A dziś już na rogatkach przywitała mnie piękna droga rowerowa. Dzięki niej sprawnie wydostałem się z miasta. Wiedziałem też, że z małymi wyjątkami aż do samego Kołobrzegu będę miał piękną autostradę rowerową. Cały czas jechało się niczym po sznurku mijając kolejne miejscowości. Co by nie mówić zmęczenie zaczęło dawać o sobie, ale obyło się bez kryzysu. I tak przez Karlino, Gościno i Zieleniewo na 143 kilometrze pojawiała się tabliczka z napisem Kołobrzeg. Miasto jest bardzo dobrze przygotowane pod względem rowerowym. Stąd bez problemu dojechałem do dworca kolejowego. Miałem ponad dwie godziny do pociągu. Był więc czas na obiad i oczywiście na rundę wzdłuż Bałtyku. Zresztą na 150 kilometrze praktycznie do niego wjechałem. 


Po godzinnym, zasłużonym odpoczynku na plaży można było wracać w kierunku dworca. Tam już czekał na mnie pociąg. A ja zamknąłem etap wynikiem 152 kilometry. 

Komentarze