Wstępne wyliczenia pokazywały, że dzisiejszy etap wyniesie w granicach 140 kilometrów. Oczywiście byłem świadom, że równie dobrze może skończyć się takim samym wynikiem jak wczoraj. Biorąc pod uwagę wyliczenia ruszyłem tuż po szóstej rano opuszczając niegościnny Kwidzyn. Początkowo jadę Wiślaną Trasą Rowerową, która początkowo prowadziła mnie ścieżką rowerową. Potem trafił się odcinek drogą publiczną, ale mało ruchliwą. Pierwszy przystanek zrobiłem sobie w okolicach Białej Góry gdzie jest zespół śluz oddzielających Wisłę i Nogat. Nie przejechałem zbyt długiego odcinka a już trzeba było robić kolejną pauzę. Przyczynkiem była miejscowość Piekło. Nazwa idealnie pasowała do warunków pogodowych. Niby było nieco po ósmej rano a z nieba już zaczynał się lać żar. Trzeba było już zdjąć długi rękaw i jechać już na krótkim. Ruszam dalej i i Miłoradzu uzupełniam płyny, które kończą się w zastraszającym tempie. Tym bardziej, że droga trafiła mi się koszmarna. Takiej ilości dziur to nie powstydziłby się najlepszy szwajcarski ser. Po krótkiej pauzie ruszam płytową drogą w kierunku Malborka. Sam zamek zwiedzałem kilka lat temu więc dziś odpuszczam bo mam do pokonania spory jeszcze dystans. Robię tym zdjęcie na tle zamku i piękną drogą rowerową ruszam na Nowy Staw.
Kiedy docieram do wspomnianej miejscowości trochę się zakręciłem zanim znalazłem Urząd Miasta. Tam bardzo miłe panie z referatu rozwoju potwierdzają moją wizytę w Nowym Stawie. Za włożony trud dostaję jeszcze długopisy i widokówki. Nie powiem bardzo miły gest. Z Nowego Stawu mam zaledwie kilkanaście kilometrów do Nowego Dworu Gdańskiego. Ale ja mam dziś inne plany. I jeszcze mnóstwo kilometrów do wykręcenia. Ruszam na Lichnowy oczywiście piękną drogą rowerową. I za to trzeba pochwalić miasto Nowy Staw. Dalej lokalną drogą ruszam na Ostaszewo. Po kilku kilometrach znów pojawia się droga rowerowa. Nią dojeżdżam do Ostaszewa. Tam kolejna pauza bo upał niesamowity. Stawiam Gwidona, odwracam się aby wyjąć picie z plecak a tu trach. Gwidon leży. Stopka niewytrzymała trudów etapu. Na szczęście zawsze mam ze sobą narzędzia. Oglądam Gwidona i na szczęście nic poważnego się nie stało. Dokręcam śruby od stopki i można ruszać dalej. Od dłuższej chwili ponownie jadę Wiślaną Trasą Rowerową. Kiedy przejeżdżam pod S7 przypominam sobie sytuację sprzed roku. Prom w Mikoszewie był nieczynny więc cały ruch szedł tą drogą mimo ograniczenia do ośmiu ton. Dziś powiedziałem, że nie odpuszczę. Dojeżdżam do miejscowości Przemysław.
Odbijam w lewo na Drewnicę i po krótkim odcinku trafiam na piękną drogę rowerową wiodącą do Mikoszewa. Tam mam już 103 kilometry wykręcone. Bardzo dobry czas aby zrobić pauzę na lody. Przede mną szutrowy odcinek przez las. W taki upał to było prawdziwe wybawienie. Przecinając Jantar i Stegnę docieram do Sztutowa. Tam oczywiście robię pauzę aby oddać hołd więźniom niemieckiego obozu koncentracyjnego.
Ze Sztutowa zamiast od razu jechać na Rybinę jadę jeszcze przez miasto aby przejechać przez tzw. Most Czterech Pancernych. I dopiero na drugim skręcie ruszam na Rybinę. Droga tu jest praktycznie bez ruchu kołowego bo wszyscy jadą tym krótszym odcinkiem. A mnie od 120 kilometra dopada kryzys. Próbuję z nim walczyć ale po dziesięciu kolejnych kilometrach muszę zrobić pauzę. Zjadam resztki jedzenia. Na szczęście płynów mi nie brakuje, choć w plecaku mam też całą masę pustych butelek. Kiedy docieram do Rybiny muszę kilkaset metrów jechać główną drogą zanim odbiję na trasę rowerową wiodącą do Nowego Dworu Gdańskiego. Kryzys niby lekko odpuścił. Może dlatego, że jadę wzdłuż rzeki Tugi. W końcu wjeżdżam do Nowego Dworu Gdańskiego. Podobnie jak rok temu zatrzymuję się na przepyszne plince z kurczakiem. Oczywiście zamawiam większą porcję. Mam już w nogach 145 kilometrów. Do miejsca noclegowego muszę jeszcze dojechać dwa kilometry. Nawet kelner namawia mnie aby nie odpuścić i dokręcić do 150. Zrobiłem więc rundę piękną drogą rowerową i podobnie jak wczoraj zamykam etap wynikiem 150 kilometrów.
Komentarze
Prześlij komentarz