Wiedziałem, że dziś będę miał do pokonania około 150 kilometrów. Trzeba było zatem ruszyć wcześnie rano. Wszak liczyłem się z tym, że na trasie po pierwsze nie zabraknie pagórków a po drugie nie wiadomo było jakie odcinki na etapie mi się przytrafią. Paradoksalnie na dzisiejszym etapie miałem miałem zaplanowane jedynie dwie atrakcje. Pierwsza w sumie zaraz na początku etapu. Druga na samym końcu. Trasa od początku usiana była pagórkami. Ale jechało się w miarę spokojnie. W końcu było bardzo wcześnie rano. Po przejechaniu kilkunastu kilometrów docieram do pierwszej atrakcji a mianowicie Pochylni Buczyniec na Kanale Elbląskim. Wszystko było pozamykane ale przynajmniej zdjęcia dało się spokojnie zrobić.
Trzeba przyznać, że myśl techniczna Kanału Elbląskiego nawet na najbardziej wybrednym turyście zrobi wrażenie. Swoją drogą trzeba będzie kiedyś wybrać się na taki rejs po tymże kanale. Mnie nie pozostało nic innego jak tylko ruszyć drogą wojewódzką na Przezmark. Ruch na drodze zerowy i dobrze. Ograniczenia drogowe do 10 ton robią swoje. Spokojnie dojeżdżam do Przezmarku i tu spokojna jazda się kończy. Na odcinku do Starego Dzierzgonia jadę dość ruchliwą drogą rowerową. Na szczęście odcinek niezbyt długi. W Starym Dzierzgoniu podjeżdżam do Urzędu Gminy gdzie otrzymuję potwierdzenie przejazdu i ruszam dalej. Tym razem robię mocne kolano ale muszę uniknąć ruchliwej drogi na Susz. I niestety po pokonaniu niewielkiego odcinka trafił się fragment rodem Paryż–Roubaix. Jazda po kamieniach. Straszna to była rzeźnia biorąc choćby pod uwagę fakt, że robiło się coraz bardziej gorąco. W końcu pojawił się asfalt i można było normalnie jechać. Dojechałem do miejscowości Kamieniec gdzie bywał ponoć sam Napoleon. Przy okazji robię dobry uczynek wspierając dzieciaki, które sprzedawały lemoniadę. I znów zamiast prosto na Susz z uwagi na olbrzymi ruch muszę robić solidne kolano. Ale przynajmniej bezpiecznie. W Suszu kolejne potwierdzenie pobytu i ruszam na Kisielice. Jadę niby drogą powiatową a ruch na niej okrutny. I mimo dziurawej drogi pędzące tiry. Kilkanaście kilometrów bardzo ciężkiej jazdy. W Kisielicach w Urzędzie Miasta w sekretariacie zgłaszam swoje zastrzeżenia co do tej drogi. Przy okazji miałem możliwość zamienić kilka zdań z panią burmistrz, która okazał się bardzo sympatyczną i rzeczową osobą. Raz podpowiedziała mi jak minąć fragment krajówki a dwa obiecała, że weźmie pod uwagę moje sugestie jak można poprowadzić drogę rowerową z Kisielic do wspominanego wcześniej Susza. Z Kisielic znów jadę drogą wojewódzką. Ale ruch na niej znikomy. Od czasu do czasu mijały mnie jakieś ciężkie samochody. I tak dojechałem do miejscowości Gardeja. Na liczniku prawie 110 kilometrów. Czas niby niezły, ale zastanawiam się czy zdążę dojechać do Kwidzyna zanim zamkną zamek. Nie ma co ukrywać, mimo narastającego zmęczenia zacząłem dość mocno cisnąć. Teren zrobił się coraz bardziej płaski więc można było toczyć ten wyścig z czasem. Niestety na jakieś trzy kilometry przed Kwidzyniem wybija 16:00 a więc nie zdążyłem. Na zamku melduję się mniej więcej 16:15. Oczywiście profilaktycznie wszystko już zamknięte.
Pociągam raz i drugi za klamkę. W końcu otwiera pan z ochrony. Jest bardzo nieprzyjemny. Mówi mi, że o 16:00 było ostatnie wejście. Próbowałem tłumaczyć, że przy dystansie 144 kilometrów nie da się wszystkiego co do minuty wyliczyć. Z uwagi na fakt, że pan był niemiły więc i ja się uniosłem. Z tego wszystkiego zapomniałem, że we wtorki zamek w Kwidzynie można zwiedzać bezpłatnie, więc argument że kasa nieczynna jest żadnym argumentem. Nawet jeśli są jakieś bilety zerowe to nic by się nie stało jakbym zwiedził zamek bez tego biletu. Tym bardziej, że zwiedza się indywidualnie. Nie rozumiem takiej a turystycznej postawy. I braku szacunku dla przejechanych kilometrów. Dobrze, że chociaż łaskawie panowie udostępnili zamkową pieczątkę. Kto mnie zna, ten wiem, że ja tej sprawy tak nie zostawię i zaraz jak skończę ten wpis, napiszę pismo do dyrekcji zamku w Malborku pod którą podlega zamek w Kwidzynie.
Nie powiem było mi po prostu tak po ludzku przykro. A to nie koniec negatywnych opowieści o Kwidzyniu. Dopiero za trzecim podejściem udało mi się odszukać jakikolwiek otwarty lokal. Za to obiad był bardzo dobry. Zerkam na licznik. Prawie 146 kilometrów. Dziś nie odpuszczę. Robię swoistą rundę honorową po ścieżkach rowerowych i zamykam etap 150 kilometrami. Przy okazji zapisuję się do akcji Radomsko Bike Challegne. Dorzucam tym samym skromną cegiełkę pomocy dla Aliny.
Komentarze
Prześlij komentarz