Ostatnimi czasy przyłapałem się na tym, że dawno nie byłem na żadnym meczu w Czechach. Końcówka wakacji to najlepszy czas aby to zmienić. Wybór specjalnie skomplikowany nie był. Najłatwiej jest zorganizować wyjazd do czeskiego Cieszyna. Ja jednak czasem mam nieszablonowe pomysły. Sam mecz w czeskim Cieszynie to trochę za mało. Zważywszy na fakt, że FK Cesky Tesin swoje mecze rozgrywa o 10:30 zacząłem poszukiwać w pobliżu jeszcze innego meczu. Szybko okazało się, że tego w tej samej lidze o 16:30 H&P Stare Mesto Frydek Mistek gra z Lokomotivą Petrovice. A do tego po drodze jest jeszcze miejsce katastrofy lotniczej, w której zginęli Franciszek Żwirko i Stanisław Wigury. Plan więc był całkiem ciekawy i po ogarnięciu biletów na pociągi można było ruszać w stronę Goleszowa. To jest stacja, na której zawsze wysiadam. I stamtąd już rowerem kontynuuję podróż. Niestety dziś pogoda od samego rana nie zwiastowała nic dobrego. Było zimno, szaro i ponuro. Przynajmniej jak wysiadłem we wspomnianej stacji w Goleszowie. Stamtąd mam około 15 kilometrów na stadion w czeskim Cieszynie. Czas mam dobry. Mogę sobie pozwolić na przejazd na stronę polską aby wymienić trochę koron.
Na mecz w czeskim Cieszynie stawiła się silna grupa groundhopperów. Była ekipa Wilków na stadionie oraz Boro na sportowo. Jeśli czytacie pozdrawiam serdecznie. Początek meczu nie układał się po myśli gospodarzy. W zasadzie pierwsza groźniejsza akcja TJ Tatrana Jakubcovice i Petr Durica mógł cieszyć się z gola. Miejscowi byli w atakach bardzo niemrawi i wydawało się, że to goście zdominują to spotkanie. Tymczasem tuż przed przerwą praktycznie z niczego Nicolas Osicka doprowadził do wyrównania. To najwyraźniej dobrze podziałało na gospodarzy, którzy zdecydowanie lepiej weszli w drugą połowę. W efekcie dość szybko Jakub Jan Nalewajka wyprowadził miejscowych na prowadzenie. Goście niby się starali ale stracili cały animusz a pierwszej połowy. W końcówce gospodarze mogli dobić gości, ale zmarnowali sytuację sam na sam. Końcowe fragmenty były bardzo nerwowe. Po jednym ze starć za uderzenie rywala czerwoną kartkę otrzymał Filip Dohnal z czeskiego Cieszyna. Mimo gry w osłabieniu w doliczonym czasie gry David Macecek pieczętuje triumf gospodarzy zdobywając trzeciego gola. Po meczu żegnam się z ekipą groundhopperów, przybijam jeszcze piątki z braćmi Macecek i ruszam w stronę Terlicka. Początkowo szlak prowadził bocznymi drogami czeskiego Cieszyna gdzieś do Chotebuza. Potem zaczęły się schody. I nie mówię tutaj tylko o niezliczonej ilości podjazdów. Gorzej wyglądały szlaki. Momentami prowadziły po prostu po jakiejś polnej drodze. Albo mocno kamienistej gdzie jechać było po prostu strach i trzeba było rower prowadzić. Kiedy wyjechałem wreszcie na drogę asfaltową okazało się, że czas mocno mnie goni. Nie odpuściłem jednak miejsca katastrofy z 1932 roku. W okolicach Dolnego Terlicka 11 września lecących do Pragi Franciszka Żwirkę i Stanisława Wigurę złapała burza, w wyniku której uszkodzone zostało skrzydło samolotu. Maszyna spadła na Żwirko i Wigura zginęli na miejscu. I pomyśleć, że było to niedługo po ich spektakularnym zwycięstwie w prestiżowych zawodach Challenge International de Tourisme, w czasie których pokonali najlepsze załogi Europy.
Warto zaznaczyć, że mimo upływu prawie stu lat widać, że ludność cały czas pamięta o naszych lotnikach. Są symboliczne groby naszych pilotów. Jest też pomnik w miejscu katastrofy. Po oddaniu hołdu naszym rodakom ruszam dalej. Jestem już bardzo blisko miejsca gdzie mam nocleg. Miejsce bardzo ładnie położone. Ja jednak zostawiam jedynie rzeczy i ruszam w stronę Frydka Mistka bo do meczu coraz bliżej. Nawigacja nieco wydłużyła mi trasę przez co pojechałem dużym fragmentem nie tak jak planowałem. Na domiar złego cały czas było mnóstwo podjazdów i to momentami bardzo wymagających. Jakby tego było mało na mniej więcej dziesięć kilometrów przed stadionem zaczęło mocno padać. Tyle dobrze, że byłem akurat w pobliżu przystanku autobusowego i mogłem się schować. Ulewa na szczęście trwała z dziesięć minut i można było było ruszać dalej. Poza kolejnymi podjazdami więcej niespodzianek nie było. Już na obrzeżach Frydka Mistka wskoczyłem na drogi rowerowe, które poprowadziły mnie do stadionu. Dotarłem mniej więcej kwadrans przed meczem. Klimat na meczu niesamowity. Mnóstwo stolików i sporo kibiców. Oczywiście nie odmawiam sobie kofoli i grillowanej kiełbasy. Mecz w pierwszej części pod dyktando gospodarzy, którzy udokumentowali ją golem Lukasa Bocka, który wykorzystał sytuację sam na sam. Po zmianie stron ruszyła Lotomotiva można powiedzieć i dość szybko po rzucie rożnym i główce Petra Czyża zrobiło się 1:1. Wyrównanie mobilizująco wpłynęło na gospodarzy, którzy dążyli do odzyskania prowadzenia. Okazji nie brakowało. Wszystkie jednak koncertowo zostały zmarnowane. Wreszcie na dwadzieścia minut przed końcem na strzał zdecydował się Patrik Vyvial. Piłka po rykoszecie od obrońcy wpadła do bramki. Strzelec drugiego gola mógł w końcówce jeszcze dobić gości, ale wybiegając z własnej połowy na sytuację sam na sam robił to jak wóz z węglem. W efekcie stracił piłkę na rzecz obrońców. Gospodarzom udało się finalnie dowieźć zwycięstwo do końcowego gwizdka. A mnie nie pozostało nic innego jak ruszać w drogę powrotną. Ta do pewnego momentu przebiegała bez komplikacji. Niestety na końcówce w jednym miejscu źle skręciłem przez co dołożyłem sobie dodatkowe trzy kilometry. Na szczęście na miejsce noclegowe udało mi się dojechać za widoku.

Komentarze
Prześlij komentarz