Nie ma się co czarować. Wczorajsza eskapada po słowackich kamienistych niby szlakach rowerowych dała mi mocno w kość. Wyruszając rankiem w stronę Krynicy Zdrój czułem w nogach kilometry wykręcone dzień wcześniej. Plan na dziś był dość prosty choć miał dwa warianty. Pierwszy zakładał jazdę do Krynicy Zdrój. Drugi bardziej ambitny jazdę najpierw na Powroźnik i dopiero stamtąd do Krynicy Zdrój. Pierwsze kilometry to w zasadzie zjazd do Hańczowej. Kiedy jednak przyszło mi skręcić w stronę Śnietnicy już tak kolorowo nie było. Zaczęła się pierwsza porcja podjazdów. Może nie były one jakoś specjalnie trudne ale nogi już odczuwały przewyższenia. Kiedy już sobie dojechałem do Śnietnicy skręciłem w stronę miejscowości Izby. Czułem się trochę nieswojo. Ruch praktycznie zerowy. Wokół tylko lasy, góry i potoki. Od czasu do czasu pojawiały się jakieś zabudowania. Tych więcej było jak dotarłem do miejscowości Banica i rzecz jasna w samych Izbach. Kiedy dojechałem do końca miejscowości przy ostatnich zabudowaniach pojawił się baner, że droga zamknięta i trzeba wracać do Banicy i jakimś objazdem jechać. Bez przesady droga asfaltowa a ja mam zawracać? Mowy nie ma. Trudno najwyżej jak będzie konieczność to mnie zawrócą. Ale przejechałem jakiś fragment trasy i z przeciwnej strony jechał samochód czyli jednak można jechać. Chociaż nie do końca. Kiedy skończył się asfalt pokazały się betonowe płyty i tabliczka, że ścinka drzew. Za dużo już przejechałem aby się wracać. I miałem rację. Po drodze minęły mnie tylko dwa samochody a pracowników leśnych nie było. Sama trasa była z kolei mocno wymagająca. Trafił się bowiem bardzo stromy podjazd. I trzeba było Gwidona podprowadzić i potem sprowadzić w dół. Kolejne odcinki już spokojnie dałem radę przejechać. Kiedy wyjechałem przy głównej drodze słońce już bardzo mocno grzało. Patrząc na zegarek nie było sensu jechać na Powroźnik, który wyraźnie nie ma szczęścia. Tyle już było pomysłów na odwiedzenie tamtejszej cerkwi wpisanej na listę UNESCO i zawsze jakoś jest nie po drodze. Mimo wszystko przez chwilę rozważałem jazdę do Tylicza bo tamtędy można dojechać do Krynicy Zdrój. Wybrałem jednak opcję najszybszą a przynajmniej mającą najmniej kilometrów. Kiedy skręciłem sobie w lewo w Mochnaczce Niżnej na Krynicę już na starcie przywitał mnie bardzo długi i męczący podjazd. Za nim był krótki zjazd i kolejny równie trudny podjazd. Tempo jazdy miałem iście w żółwim stylu. Ale kiedy wreszcie osiągnąłem najwyższy punkt do samej Krynicy Zdrój miałem zjazd. Mniej więcej na dwie godziny przed odjazdem pociągu dotarłem do tego popularnego uzdrowiska.
Miałem czas aby nieco odpocząć. Pojeździłem sobie trochę po najbardziej znanych miejscach Krynicy. Zatrzymałem się w ławeczce Nikifora Krynickiego oraz przysiadłem się na chwilę do Bogusława Kaczyńskiego. Oczywiście zjadłem jeszcze obiad bo wiedziałem, że czeka mnie ładnych kilka godzin jazdy pociągami w stronę domu.
Komentarze
Prześlij komentarz