Nie ma co ukrywać. Początek tego sezonu nie wygląda zbyt imponująco. Pogoda wyjątkowo w tym roku nie jest łaskawa. Nie mniej jednak mimo przenikliwego zimna postanowiłem dziś ruszyć w teren. Wielokrotnie już wspominałem, że taką małą tradycją są wycieczki do Złotego Potoku gdzie jest mnóstwo punktów gastronomicznych, w których można zjeść przyrządzanego na wiele sposobów pstrąga. Toteż tak sobie dziś wymyśliłem, że pojadę do Złotego Potoku przede wszystkim zobaczyć czy te punkty przy tak niesprzyjającej pogodzie w ogóle będą otwarte.
Dystans jaki wiedziałem, że trzeba będzie pokonać to ponad sto kilometrów. Biorąc pod uwagę kompletny brak formy zastanawiałem się czy w ogóle dam radę. Jadąc przez miasto wiedziałem, że łatwo nie będzie głownie z uwagi na to, że było po prostu zimno. Ale jakoś pokonywałem kolejne kilometry. Wyjeżdżając z miasta na krótko wjechałem w leśne dukty, bo na drogę asfaltową wyjechać w okolicach Ojrzenia. A stamtąd prosto na Gidle. I dalej utartym szlakiem przez Garnek na Świętą Annę i dalej na Przyrów. Mimo zimna pocieszałem się, że nie wieje bo wówczas byłoby naprawdę ciężko. A tak jadąc spacerowym tempem dojechałem do Julianki, z której jest już blisko do Janowa. A skoro Janów to i właściwie Złoty Potok. W tej ostatniej miejscowości podjechałem do miejscowego parku, który zawsze odwiedzam. Miałem nadzieję, że może będzie otwarte miejscowe Muzeum. Nic z tego. Drzwi były zamknięte a wokół próżno było szukać informacji kiedy jest ono otwarte. W internecie można znaleźć informacje, że jest ono otwarte tylko w dni powszednie. Trochę to dziwne gdyż w sezonie turystycznym jeśli już ktoś odwiedza Złoty Potok to jest to weekend. Skoro było zamknięte to można było zrobić sesje zdjęciową przed zamkniętym od dawien dawna Pałacu Raczyńskich i udać się do miejscowych punktów gastronomicznych z pstrągami.
Te na szczęście mimo kiepskiej pogody powoli się otwierały. Mogłem więc zamówić sobie pstrąga z frytkami a do tego rozgrzewającą herbatę. Wiem, że to dziwnie brzmi. W końcu za chwilę będziemy mieli już połowę kwietnia.
Dłuższy postój oraz wspomniana zimowa herbata nieco mnie rozleniwiły. A tu trzeba jeszcze wrócić czy przejechać drugie pięćdziesiąt kilka kilometrów. Wiedziałem, że lekko nie będzie bo nogi miałem trochę ciężkie. Jakoś się jednak powoli toczyłem z powrotem. Momentami była to mozolna jazda. Ale na pocieszenie w pewnym momencie wyszło słońce, które sprawiło, że od razu zrobiło się może nie drastycznie ale jednak zdecydowanie cieplej. Po przejechaniu 80 kilometrów już wyraźnie odczuwałem trudy dystansu. Na końcówce etapu czyli w Gidlach zrobiłem sobie mały postój ale uzupełnić płyny. A potem już tak trochę siłą woli dokręciłem resztę kilometrów.
Komentarze
Prześlij komentarz